nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: pasta z boczku

Czeka nas siedmiogodzinna podróż pekaesem. W podróży jestem  bardzo śpiąca z przerwami na bardzo głodna. Pekaes nie własny samochód, więc wiadomo, człowiek zajazdu sobie nie wybierze, że niby tu zje świeżą rybkę, a kawę i lody w innym lokalu. Przystanki są krótkie, w sumie wystarczają na upuszczenie płynów i zakupienie surowca na następną partię.
Mam przed sobą kupę roboty z przewagą roboty. Muszę jakoś odgruzować mieszkanie, wymienić żwir w jednej kuwecie (dwie już obleciałam), przeprowadzić zabiegi higieniczne na kocie, spakować walizy, wynieść pierdyliard toreb za śmieciami, wziąć kasę z bankomatu, bo na miejscu trzeba zapłacić za wakacje, a bankomat tam jakiś miejscowy, więc od dwóch osób muszących zapłacić za dwa tygodnie pobytu policzyłby sobie niezły procent, który potem figuruje pod kryptonimem „obsługa karty” – chociaż to ja tę kartę obsługiwałam w bankomacie. Muszę odgruzować kanapę, która wygląda jak wronie gniazdo oraz ławę, która dla odmiany – że użyję sformułowania Melissy – wygląda jak lej po bombie. Powiedzmy sobie szczerze, otwarcie, nie unikając ryzyka: całe mieszkanie wygląda jakby w nie pierdolnął meteoryt tunguski.
W drodze będziemy jeść kanapki z pastą z boczku. Pasta nie wędlina, nie zacznie zieleniec, trzyma się chleba bez masła, które w upale ma tendencję do topienia się i jełczenia. Do tego ogórki małosolne i zielone.
Oprócz tego muffiny serowo-musztardowe (Welsh-Rarebit).
W celu ich otrzymania wymiesza się w jednej misce: ok. 230 dag mąki pszennej, ok. 50 dag mąki kukurydzianej, łyżeczkę soli, dwie łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody, czubatą łyżeczkę proszku musztardowego (kupiłam w sklepie „kuchnie świata”), który można zastąpić musztardą ze słoika.
W drugim naczyniu się miesza: jedno jajko. 15 dag startego żółtego sera, 150 ml jogurtu greckiego (można zastąpić maślanką i się nie przejmować), 125 ml mleka, dwie łyżki sosu sojowego, 6 łyżek oleju roślinnego.
Następnie mokre składniki wlewa się do suchych, miesza dość niechlujnie i piecze ok. 20 minut w temperaturze ok. 180 stopni.
Rozumiem szaloną karierę muffinek – jest to ciasto dla debili kulinarnych, psujów kuchennych i ogólnie ludzi o dwóch lewych rękach.
Pekaes nie autobus komunikacji miejskiej – jeść w nim wypada i będę to robić. Natomiast co ja myślę o jedzeniu w autobusach i tramwajach miejskich, można poczytać sobie na Towarach.

Wczoraj Dzie(g)ć dokonał odkrycia.
– To nieprawda, że ty nienawidzisz gotować – rzekł. – To znaczy: nienawidzisz, kiedy MUSISZ gotować, a jak ci wisi, czy ta rzecz jest nam naprawdę do jedzenia i szczęścia potrzebna, to się do kuchni pakujesz bardzo chętnie.
I to jest święta prawda. Naprawdę fajnie robi się te rzeczy, które nie muszą być podane na określoną godzinę (śniadanie, obiad), zjedzone koniecznie (bo inaczej ból głowy – dotyczy kolacji). Czyli różne pyszne obrzydlistwa oraz (jak mawiają Pekazety: niezdrowe gówna).
Do pysznych obrzydlistw zaliczam (między innymi): domowe batoniki Bounty, takie piczwanse co się je robi z batoników mars i płatków kukurydzianych, blok białoczekoladowy oraz wszystko to, co człowiek znienacka postanawia zrobić, żeby dobrze przygotować organizm do diety albo głodówki.
A ja właśnie zamierzałam zacząć głodówkę. Niedługą – taką ze dwa – trzy dni. Więc żeby organizm szoku nie doznał zrobiłam pastę z boczku. Czyli gotowany boczuś wrzuciłam do maszynerii i go przemełłam. I tę pastę, z 30 deka boczku, zjadłyśmy z Dzie(g)ciem) na kolację i śniadanie i nic nie zostało.Tak, wiem, że mogłam dodać:
a) jajko na twardo
b) czosnek
c) cebulę
d) kiełbasę
e) a nawet kapary.
A nie dodałam, bo
a) jajka mi się nie chciało gotować,
b) czosnek teraz kwitnie i jest niedobry, trzeba by wysadzić go do ziemi i dodać te zielone pędy a ich uzyskanie to jakiś tydzień
c) cebula zabiłaby wytworny aromat boczku
d) nie miałam chudej kiełbasy i ogólnie wędliny są jakieś takie więcej obrzydliwe, i po to robiłam tę pastę, żeby obejść łukiem problem wędlin
e) kapary zjem z czym innym.
Poza tym miałam rzodkiewki, ogóreczki małosolne i surowe, pomidory, więc taka niczym nie zanieczyszczona pasta to było dokładnie to, o co chodziło.A zrobiłam ją z wyjątkowo chudego boczku, więc ledwo trzymała się kupy. I dopiero ona, ta pasta, uświadomiła mi naocznie i organoleptycznie, ile tłuszczu pakują producenci do kiełbas.

Ta pasta byłaby niewątpliwie fantastyczna na grzankach. Ale to już dla mnie za dużo roboty.

A teraz gratis: surówka z czerwonej kapusty. Zrywam ja kartkę z kalendarza kulinarnego i cóż widzę? Widzę przepis, który brzmi jak następuje:

Składniki: 50 dag czerwonej kapusty, 2 soczyste winne jabłka, kieliszek wytrawnego czerwonego wina, łyżka rodzynek, 2 łyżki oliwy lub oleju słonecznikowego, sok z cytryny, cukier, sól

Sposób przygotowania: Kapustę drobno poszatkować, zalać wrzątkiem, zagotować, po czym wylać na sitko, polać zimną wodą i osączyć. Jabłka obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach. W salaterce wymieszać kapustę z jabłkami, rodzynkami i olejem. Przyprawić do smaku cukrem, sokiem z cytryny i solą.

Każdy ćwocek lubi bocek. Natomiast szkoda, że w tym kalendarzu kulinarnym nie napisały po huk im był ten kieliszek wina.


  • RSS