Czasem to aż strach coś napisać.

Niedawno przeczytałam na pewnym emigranckim blogu, że w Polsce ludzie przyrządzają  krewetki niezgodnie z zasadami. Zasady były dla odmiany opisane na innym blogu, tym razem polskim. Zbrodnia przeciwko przyrządzaniu krewetek polegała na zbyt długim ich smażeniu (co czyni krewetki gumiastymi i jest to fakt, z którym nie zamierzam dyskutować, bo się zgadzam).

Poczułam się straszliwie odpowiedzialna za postrzeganie Polaków na antypodach. Tak sobie coś chlapnie człowiek na blogu, a potem przez niego wszyscy będą mieli przerąbane jak w ruskim czołgu.

Weźmy takie szparagi. Normalnie ludzie szparagi gotują. Wstawiają go wysokiego gara, łebkami do góry i gotują. Tymczasem ja szparagów nie gotuję, tylko obrane rzucam na patelnię z rozgrzanym masłem i duszę. Nie mam pojęcia, czy takie postępowanie ze szparagami jest zgodne z etyką i moralnością kuchenną, jak bardzo jestem w moich działaniach odosobniona i jak statystycznie często Polacy szparagi duszą, zamiast je dręczyć we wrzątku. No, ale  stracha mam. Jako właścicielka bloga „Nienawidzę gotować!” boję się na przykład, że ktoś mógłby powziąć przypuszczenie, że Polacy nienawidzą gotować. I to tylko na podstawie tego jednego bloga!

Krytusie piernowy…

Albo taki spód na tartę.

Spód na tartę robię na oko tak zwane. Nie ważę mąki. Nie ważę masła. Masla (na oko) daję połowę tego, co polecają przepisy, samo ciasto zlepiam tym, co mi się aktualnie pałęta w lodówce, czyli jogurtem naturalnym 0 procent, albo serkiem Bieluchem, albo kwaśną śmietaną.

Taki to właśnie spód zagniotłam wczoraj, a także udusilam szparagi. Dzisiaj spód upiekłam, pokłuwszy go uprzednio widelcem, wyłożyłam papierem do pieczenia, a na ten papier wysypłam kulki ceramiczne.  Proszę nie uogólniać tej informacji. sądzę, że Polacy na ogół wysypują taki spód suchym grochem. Wiąże się to zapewne z tradycją, ale i z faktem, że to ja wykupiłam dwa opakowania tych kulek, jakie były TKMaxx-ie.

Na podpieczony spód wylałam masę z serka mascarpone, żółtka (jednak w taki upał lepsze byłyby dwa żółtka), parmezanu i pieprzu. Na tę bumelajzę pizgłam hojnie szparagi. Piekłam tak długo, aż było gotowe.

Niedawno zetknęłam się z opinią, że blog kulinarny bez zdjęć jest do niczego. No nie wiem. Przeczytałam masę książek bez ilustracji – i były dobre. Ale może blogi rządzą się innymi prawami. Niestety, ponieważ nie umiem na WordPressie wstawić zdjęcia, z tego bloga nikt się nie dowie, jak wyglądają szparagi. Ale jest to informacja, którą każdy łatwo uzyska od niani Ogg (książka kucharska „Pikuantne rozkosze”).