nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: czosnek

 

Znasz-li ten stan: siedemdziesiąt kanałów w telewizorze, a oglądać nie ma czego. Telewizornia publiczna ma misję, która polega na tym, że rzeczy wartościowe zaczyna nadawać koło północy, a jakieś rozgwiazdy hasające po parkietach i lodzie – wczesnym wieczorem. Opera, jeśli jest, to raz na miesiąc, z łaski na uciechę – start przed północą, oczywiście, bo koneser wszystko strzymie.

Długo jeszcze na ten temat mogę, ale mi się nie chce. Nie myślę abonamentem finansować ciągnących się jak gówno za złotą rybka reklam, „Ziarna”, pokrak w czarnych sukienkach, Wildsteina. Telewizja publiczna może sobie swoją misję zastosować doodbytniczo i popchnąć wyciorem od armaty.

No, to oglądam sobie (wtedy, kiedy nie oglądam AXN, Hallmarku i TVN24.) TVN Style, Club i Kuchnię TV. W zasadzie działają niewkurwogennie, stanowiąc tło robótek ręcznych, leżenia na kanapie na czas i wspomagając konkurencję przewracanie się z boku na bok.

Czasem jednak trafi się program taki, że człowieka aż skręca. I tak ostatnio pojawiła się Agentka do Zadań Specjalnych. Agentka pojawia się u osób, które by się chciały odchudzić stosując dietę – przez co należy rozumieć prawidłowe. utrwalone nawyki żywieniowe. Znakiem rozpoznawczym Agentki jest gigantyczna waliza samolotowa na kółkach, którą ciągnie za sobą co i raz., to z lewej strony ekranu na prawą, to vice versa.

- Zamknij walizę, bo ci w nią wlizę, ty stara prochownio! – chciałoby się rzec za Wiechem.

Nie bardzo rozumiem, na co jej ta waliza. Bo i tak siedzi w jednym i tym samym garniaku we wszystkich odcinkach. Dopuszczam jednak do siebie taką myśl, że ma tam taką wielka szklaną rurę.

Tę rurwę Agentka umieszcza na stole i wrzuca do niej to, co delikwent je. Czyli pizzę, przekąski, kawę z mlekiem – co się zdarzy. Wygląda to oczywiście obrzydliwie i na pierwszy rzut oka na sensowne pociągnięcie. Niestety – ja od razu myślę sobie:

- A weź wrzuć tam babo ciasteczka owsiane, płatki śniadaniowe, zalej to jogurtem, dorzuć makaron razowy, szpinak duszony na parze i popraw sokiem z marchwi oraz pomidorowym. Do tego, oczywiście, mnóstwo tofu.

Jednym słowem pomysł z rurą jest głupi, to jest chciałam powiedzieć chybiony.

Tańce przy rurze przerywane są buszowaniem po lodówce osoby, która zgłosiła się do programu.

- Ojejusiu – marudzi Agentka. – Nie masz warzyw i owoców. Musisz jeść dużo warzyw.

Z tym akurat nie ma co dyskutować. Ale jest ale. Na przykład ja kupuję tyle zieleniny, ile mi potrzeba na dany dzień. Nie bardzo widzę powód, dla którego mają więdnąć w lodówce. Więc jak ich nie mam, to znaczy, że właśnie je zeżarłam. Natomiast dla odmiany to, że mam owoce i one gniją i pleśnieją na parapecie (bo owoce kupuję dla uspokojenia sumienia, za owocami nie przepadam) tak samo nie świadczy o tym, że je zjadam. Jednym słowem to, że się ma nie oznacza, że się tego używa, a jak się nie ma, że to jest stan na zawsze.

Poza tym Agentka ewidentnie dzieli jedzenie na dobre i na złe. Owszem, zgoda, dżankfudy mieszczą się w takim rozumowaniu. Bo obiektywnie są złe. Ale Agentka albo nie wie, albo rżnie głupa nie mówiąc, że np. niektóre płatki śniadaniowe, tak strasznie zachwalane, są bardziej kaloryczne i tłuste niż dwa jajka posadzone na bekonie.

Dlatego Agentka mnie irytuje niemożebnie. A na przykład program „Zgrabne gotowanie” – ani trochę. Tam się mówi o kontrolowaniu wielkości porcji,. Tam się mówi: uwielbiasz lody, okej, pokażemy ci, jak zrobić sobie samemu w domu lody lekkie, mniej tłuste i słodkie od tych ze sklepu. Zjesz je po obiedzie. A ponieważ zjesz lody, to twój obiad powinien być mniejszy i mniej kaloryczny niż dotychczas, proszę bardzo, pokażemy ci, jak go ugotować. W dodatku z tej samej bazy będziesz mieć obiad na dwa dni – a każdy będzie inny.

To tyle na temat Agentki. Bo jak napiszę o niej jeszcze jedno zdanie to zwomituję na akapit.

Teraz będzie o wyczynach kuchennych.


Wyczyn pierwszy – oliwa aromaterapeutyczna
.

Pół główki czosnku zalałam sokiem z połowy cytryny. Macerowałam jakieś pół dnia. Następnie czosnek wepchnęłam do butelki, dodałam dwie papryczki chilli pokrojone na mniejsze kawałki (ale pozbawione pestek) i zalałam to dobrą oliwą.

Oliwą tą zalewałam: ugotowaną fasolkę szparagową, kalafiora, smarowałam nią cukinię do grillowania.

Wyczyn drugi – jogurt Dzie(g)CIA

Jogurt (taki zupełnie niesłodzony) Dzie(g)ć miesza z odrobiną miodu i kilkoma kroplami wody różanej. Chociaż mam uczulenie na miód mogące zakończyć się zejściem śmiertelnym, to ten skromnie wyglądający zestaw pachnie tak oszałamiająco, że aż miałam ochotę spróbować.

Wyczyn trzeci – sałatka z cukini

Niech wezmą cukinię i ją potną na cienkie płatki. Katorżniczą tę pracę wykonuje się najlepiej obieraczką do warzyw. Teraz niech zetrą na tarce skórkę z połowy cytryny i dorzucą do cukinii. Następnie niech wcisną sok z cytryny. Niech zapomną o sałatce na pół godziny, w ciągu której zajmą się czymś pożytecznym. Następnie niech do cukinii dorzucą ze trzy dwie łyżki kaparów czy ile im tam pasuje, zaleją oliwą aromaterapeutyczną, wymieszają, znów odczekają z pół godziny aż surówka się przegryzie. Teraz mogą jeść.

Jak nie maja takiej oliwy to sami są sobie winni. Mogą zresztą wkroić ze dwa ząbki czosnku wlać zwykłą oliwę – chociaż to nie to samo.

 

Ta notka musi wystarczyć na kilka tygodni. Bo mam doła. Nie mam apetytu ani na pisanie, ani na jedzenie. Ma to też dobre strony – może wreszcie zrzucę te pięć kilogramów, które mój organizm kurczowo trzyma na wszelki wypadek.

Tak sobie zacytowałam Gombrowicza. Żeby nie było, że Gombrowicza nie znam.
No i tak o. Wsiadamy wczoraj z Dzieciem do metra. Późnym popołudniem, więc nie taki znowu tłok. Siadamy. Ja koło takiego faceta, rozkraczonego. Kocham takich facetów – zwłaszcza, kiedy los mnie rzuca na sąsiednie miejsce.
– Przepraszam – rzekłam grzecznie. – Czy mógłby pan się posunąć z MOJEGO siedzenia?
Facet spojrzał na mnie z nienawiścią i przesunął swoją nogę może pięć centymetrów.
No nic. Jedziemy. A mnie szlag jasny trafia. Zawsze się mi querva trafia na sąsiednim miejscu a to babcia last minute, a to jakaś postać z gigantyczną nadwagą, a to taki młodzian, który najwyraźniej jest w połogu i musi w miejscu publicznym wietrzyć krocze. A ja się mam zmieścić na połowie przysługującego mi miejsca. Co ja, za bilet nie zapłaciłam, czy jak?!
Dojechaliśmy szczęśliwie do kolejnej stacji i trochę ludzi wysiadło. Tym to sposobem zwolniły się dwa miejsca obok siebie po przeciwnej stronie wagonu.
– Chodź – powiadam do Dziecia – przesiądziemy się, bo ten oto tutaj pan tak się rozsiadł, że już na Cota miejsca nie ma.
Przesiadamy się. A ten młodzian, zamiast cicho siedzieć, powiada:
– A może to pani jest za gruba?
– Ha, ha! – zaśmiałam się, a przyszło mi to bez trudu. Bo akurat za gruba na pewno nie jestem. I zaczęłam się zastanawiać, jak tu facetowi przyłożyć, a on dalej pyszczy:
– Pani ma jakieś problemy emocjonalne!
– A pan chyba cierpi na jakąś tajemniczą chorobę krocza, że musi się pan tak rozkraczać na cały wagon? – powiedziałam z troską o bliźniego.
To znaczy, chciałam tak powiedzieć, z troską znaczy, ale chyba wyszło jakoś inaczej. Bo akurat dojechaliśmy do następnej stacji i człowiek wyprysnął z wagonu jak gumka z majtek. Dzieć mówi, że cały w pąsach.

Przyjemnie być znowu człowiekiem asertywnym. Żeby to uczcić, sporządziło się zupę. A nawet dwie!

Zupa 1.
Pół kilograma korzeni pietruszki gotowałam w pół litra rosołu (z kostki). Kiedy pietruszce zmiękła rura, zmiksowałam ją. Dodałam: białego pieprzu, kwaśnej śmietany oraz mięso z jednej puszki kraba. Posypałam natką pietruszki, bo ta zupa ma jasny, niezbyt atrakcyjny kolor. Podano w zielonych miseczkach.
No, mniodzio.

–Ale co tam– myślę sobie. – Jak już nieubłagany los rzucił mnie do kuchni, to zrobię drugą zupę.

Zupa 2.
Na oliwie i odrobinie masła usmażyło się dwie cebule pokrojone w kostkę oraz trzy gigantyczne zęby czosnku, pokrojone byle jak. Następnie dorzuciło się do tego: trzy marchewki pokrojone w bardzo cienkie plasterki, żółtą cukinię – pokrojoną w cienkie półplasterki i cukinię zieloną, pokrojoną w drobną kosteczkę. Kiedy warzywa się podsmażyły, pizgłam je do gara. Zalałam rosołem (z kostki), dodałam chilli w strąku połamanym (gdybym miała chilli nie ususzone, to bym je podsmażyła na patelni z pozostałymi warzywami), gar przykryłam pokrywką i po kwadransie miałam zupę. A może i szybciej, nie wiem., Rozbiega się o to, żeby cukinii nie rozgotować.
I to była dobra zupa, bowiem kucharz nie jest dupa.


  • RSS