nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: boczek-pieczony

Żeby mi nie było, że przez ostatnie dwa tygodnie nic, tylko jemy ten jeden kotlet z połówką gruszki. Otóż jadłyśmy kaszankę (obie) flaki (tylko ja), rewelacyjną pastę z makreli a la Pru (obie) i owoce morza (tylko koty).
A boczek robiłam we wrześniu. Niemniej – do dzisiaj go pamiętam. Uwiera mnie jak gwóźdź w bucie. Przed pójściem spać wstawiłam go do piekarnika (boczek, nie gwóźdź ani tym bardziej but) w marynacie z soku jabłkowego i innych tam takich. Żeby się w bardzo niskiej temperaturze piekł do rana. Jeżeli wasza sypialnia – tak jak moja – jest położona bardzo blisko kuchni, nie róbcie czegoś takiego. Zapach mi całą noc nie dawał spać.
No, ale może jest tu jakiś masochista, sybaryta i zarazem człowiek ambitny, równocześnie potwornie leniwy. Z czym się identyfikujesz, Spt?
Otóż.Potrzebny jest boczek o wadze dochodzącej do 2 kilogramów. Pozbawiony skóry (z trudem tego dokonałam, gdzieś zgubiłam Nóż Do Wszystkiego – normalnie koszmar).
Następnie należy zrobić marynatę. Potrzeba na nią 8 szklanek soku jabłkowego albo pomarańczowego. Ja dałam litr jabłkowego, resztę uzupełniłam mangowym, bo taki miałam, ale go podkręciłam sokiem wyciśniętym z cytryny. Do tego szklanka syropu klonowego (nie miałam, więc dałam pół szklanki miodu). Dwie łyżki musztardy ziarnistej. Dwie łyżki kminku zmielonego (nie miałam w czym zemleć, stłukłam go w torebce tłuczkiem do mięsa), pieprz czarny świeżo mielony. To wszystko wymieszać z sokiem.
Uwaga techniczna. Celowo nie piszę, żeby dać soli. Boczek sam w sobie jest słony, i – niestety – samemu trzeba wymyślić, ile tej soli dać. Ja bym nie dała więcej niż jedną łyżkę stołową.
Boczek (tłuszczową strona do góry) zalałam marynatą i wstawiłam na całą noc do piekarnika nastawionego na 80 stopni z termoobiegiem. Ścierwo ma być albo przykryte pokrywką albo trzeba zrobić pokrywkę z folii – to ważne.
Po czym poszłam spać.
Piekarnik mam elektryczny, więc się nie bałam.W gazowym temperaturę dałabym ciut wyższą.
W nocy, przez sen, rozumiałam moje koty, kiedy szaleją, bo coś się piecze, gotuje lub kroi. Ale potem! Czyli popołudniu. Potem to ja go dla dekadencji rzuciłam na grill. Takie kawałki, jakie sobie życzyłam. I trochę tłuszczu się wytopiło. Chociaż, z drugiej strony, trochę go mi było szkoda. Tego tłuszczu.

Dostałam kiedyś od mojej mamy wycinki z „Kobiety i Życia”. Taką książkę kucharską w odcinkach. Nazywa się „W naszej kuchni”. Wiek oceniam na późne lata pięćdziesiąte.

Przeglądam sobie czasem te wycinki. Patrzę na nie okiem antropologa. Bo takie zboczenie nieszkodliwe mam. I wiecie co. Te porady z „KiŻ” wcale nie różnią się jakoś nadzwyczajnie od tych współczesnych. Czasem bywają śmieszne, to oczywiste, w pewien sposób wzruszające i w sumie – bardzo praktyczne. Co do przepisów kucharskich natomiast – w odróżnieniu od współczesnych – już na pierwszy rzut oka widać, że zrobiona według nich potrawa będzie jadalna, bo nie przeszły przez ręce działu „food”, tłumaczy i redaktorek, które przypalaja wode na herbatę.

Robiłam według tek ksiązki kilka rzeczy, więc wiem, co mówię. Nasze ulubione „potpourri” pochodzi stamtąd. Nazywa się tam wprawdzie „kapusta włoska z kiełbasą” – ale co z tego?

Najpierw próbka porad:

Podręczna spiżarnia

Niedługo wrócą dzieci z kolonii, będziemy miały mnóstwo pracy z przygotowaniem ich do szkoły. A ciągu ostatnich wolniejszych nieco dni zajrzyjmy jeszcze do naszej podręcznej spiżarni: pudełka z resztkami makaronów, mnóstwo torebek i w każdej po trosze przeróżnych kasz, maki itp. , napoczęte słoiki i puszki z konserwami9 – jednym słowem bałagan resztek. Co gorsze do mąki i kasz zakradł się wołek zbożowy. Trzeba natychmiast zrobić z tym porządek,.

Wyjmujemy więc wszystko z szafki, zanieczyszczona mąkę i kasze usuwamy, czyste gatunki zsypujemy każdy do innej przynajmniej 2 kilogramowej plastikowej torebki, uzupełniając potem do pełna dokupioną kaszą czy mąką. Plastikowe woreczki są w spiżarni niezmiernie wygodne – unikamy potem zbędnego szukania i zaglądania do każdej po kolei torebki.

Słoiki, jeśli SA nam potrzebne, myjemy i przechowujemy na jednej z półek lub w piwnicy, jeśli ich nie potrzebujemy – sprzedajemy w punkcie skupu.

Przystępujemy do uprzątnięcia szafki. Ściany starannie omiatamy z pajęczyn, półki zas szorujemy ciepłą wodą z proszkiem zmiękczającym i mydłem (jeśli w szafce był wołek dobrze jest dodać do wody azotom w płynie – łyżka na litr wody), następnie bardzo dokładnie suszymy i wietrzymy. Szafka wygląda uroczo, jeśli każdą z półek obijemy innym kolorem gładkiej dermy; poza tym łatwiej w niej wówczas utrzymać porządek, co jakiś czas przecierając półki wilgotną gąbką.

W czystej szafce ustawiamy produkty tak, by jak najwygodniej było nam po nie sięgać.

Skrzętna gospodyni ma zawsze w podręcznej spiżarni przynajmniej miesięczny zapas mąki, cukru, cukru pudru, mąki ziemniaczanej, manny, płatków, kaszy jęczmiennej i ryżu, suchego makaronu. Jeśli nie mamy lodówki na jednej z półek trzymać będziemy również jajka w niewielkim koszyczku, tłuszcze – najlepiej w plastykowych pudełkach, śmietanę w słoju i biały ser przykryty czysta szmatką zwilżoną w słonej wodzie. Jeśli mamy możność zdobycia lodu, dobrze jest przy tych artykułach postawić rynienkę z lodem posypanym czarna solą.

Jeśli w szafce tej trzymamy również niektóre naczynia kuchenne i przybory, pamiętajmy, ze chować je trzeba zawsze czyste i dokładnie wysuszone.

Z książki tej robiłam m. in. boczek pieczony. Cytuję in extenso:

Boczek pieczony

1 kg świeżego, chudego boczku 1,2 dkg saletry, 2 łyżki soli, pół łyżeczki tłuczonego pieprzu i angielskiego ziela, 2 listki bobkowe, łyżeczka utartego na proszek majeranku

Niepłukany boczek natrzeć dokładnie sola mieszaną z saletrą i przyprawami, ułożyć na misce i pozostawić na 5-6 dni w chłodnym miejscu, codziennie go odwracając. Następnie wypłukać, naciąć skórę w kratkę, posypać z wierzchu majerankiem i upiec w gorącym piekarniku na złoty kolor. Tak przyrządzony boczek jest doskonały na zimno do chleba, lub na gorąco do kapusty czy grochu.

Nie będę ściemniać: są tam tez przepisy na zielone pomidory. Ale nie podam, dopóki mi ktoś nie powie, gdzie tak konkretnie mogę kpić kilogram zielonych pomidorów. Niech i ja cos z tego mam.


  • RSS