nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Zielone pomidory

36 komentarzy

Macie, baby, te swoje zielone pomidory, bo mnie zamęczycie. Przepisy z tego samego źródła, co poprzednie, czyli „Kobiety i Życia” z lat 50. Robicie na własną odpowiedzialność – jak już mówiłam, nie podaję przepisów, których sama wielokrotnie nie wypróbowałam.
Czyli jakby co – reklamacje do ślepej kiszki proszę składać. Jednak na moje wyczucie to powinno wyjść bardzo dobre.

Konfitura z zielonych pomidorów
1 kg zielonych pomidorów, 1 kg cukru, 2 cytryny
Drobne zielone pomidory dokładnie wycieramy czysta ściereczką, krajemy na pół i skrapiamy czystym spirytusem, pozostawiając na noc. Następnego dnia przygotowujemy syrop z cukru i szklanki wody, na wrzący kładziemy pomidory i pokrajaną w plasterki cytrynę bez pestek, po czym smażymy aż pomidory staną się przejrzyste, Składamy konfiturę do czystych, wyparzonych słoików i owiązujemy celofanem. Konfitura jest doskonała.

Pomidory świeże
Późno zrywane, zdrowe, zielone pomidory wycieramy sucha czysta ściereczką, każdy owijamy w bibułkę i układamy jedna warstwą w tekturowym pudełku. Ustawiamy w chłodnym miejscu. Pomidory dojrzewają powoli i stopniowo i w ciągu 1-3 miesięcy można wybierać świeże, czerwone pomidory.

Dostałam kiedyś od mojej mamy wycinki z „Kobiety i Życia”. Taką książkę kucharską w odcinkach. Nazywa się „W naszej kuchni”. Wiek oceniam na późne lata pięćdziesiąte.

Przeglądam sobie czasem te wycinki. Patrzę na nie okiem antropologa. Bo takie zboczenie nieszkodliwe mam. I wiecie co. Te porady z „KiŻ” wcale nie różnią się jakoś nadzwyczajnie od tych współczesnych. Czasem bywają śmieszne, to oczywiste, w pewien sposób wzruszające i w sumie – bardzo praktyczne. Co do przepisów kucharskich natomiast – w odróżnieniu od współczesnych – już na pierwszy rzut oka widać, że zrobiona według nich potrawa będzie jadalna, bo nie przeszły przez ręce działu „food”, tłumaczy i redaktorek, które przypalaja wode na herbatę.

Robiłam według tek ksiązki kilka rzeczy, więc wiem, co mówię. Nasze ulubione „potpourri” pochodzi stamtąd. Nazywa się tam wprawdzie „kapusta włoska z kiełbasą” – ale co z tego?

Najpierw próbka porad:

Podręczna spiżarnia

Niedługo wrócą dzieci z kolonii, będziemy miały mnóstwo pracy z przygotowaniem ich do szkoły. A ciągu ostatnich wolniejszych nieco dni zajrzyjmy jeszcze do naszej podręcznej spiżarni: pudełka z resztkami makaronów, mnóstwo torebek i w każdej po trosze przeróżnych kasz, maki itp. , napoczęte słoiki i puszki z konserwami9 – jednym słowem bałagan resztek. Co gorsze do mąki i kasz zakradł się wołek zbożowy. Trzeba natychmiast zrobić z tym porządek,.

Wyjmujemy więc wszystko z szafki, zanieczyszczona mąkę i kasze usuwamy, czyste gatunki zsypujemy każdy do innej przynajmniej 2 kilogramowej plastikowej torebki, uzupełniając potem do pełna dokupioną kaszą czy mąką. Plastikowe woreczki są w spiżarni niezmiernie wygodne – unikamy potem zbędnego szukania i zaglądania do każdej po kolei torebki.

Słoiki, jeśli SA nam potrzebne, myjemy i przechowujemy na jednej z półek lub w piwnicy, jeśli ich nie potrzebujemy – sprzedajemy w punkcie skupu.

Przystępujemy do uprzątnięcia szafki. Ściany starannie omiatamy z pajęczyn, półki zas szorujemy ciepłą wodą z proszkiem zmiękczającym i mydłem (jeśli w szafce był wołek dobrze jest dodać do wody azotom w płynie – łyżka na litr wody), następnie bardzo dokładnie suszymy i wietrzymy. Szafka wygląda uroczo, jeśli każdą z półek obijemy innym kolorem gładkiej dermy; poza tym łatwiej w niej wówczas utrzymać porządek, co jakiś czas przecierając półki wilgotną gąbką.

W czystej szafce ustawiamy produkty tak, by jak najwygodniej było nam po nie sięgać.

Skrzętna gospodyni ma zawsze w podręcznej spiżarni przynajmniej miesięczny zapas mąki, cukru, cukru pudru, mąki ziemniaczanej, manny, płatków, kaszy jęczmiennej i ryżu, suchego makaronu. Jeśli nie mamy lodówki na jednej z półek trzymać będziemy również jajka w niewielkim koszyczku, tłuszcze – najlepiej w plastykowych pudełkach, śmietanę w słoju i biały ser przykryty czysta szmatką zwilżoną w słonej wodzie. Jeśli mamy możność zdobycia lodu, dobrze jest przy tych artykułach postawić rynienkę z lodem posypanym czarna solą.

Jeśli w szafce tej trzymamy również niektóre naczynia kuchenne i przybory, pamiętajmy, ze chować je trzeba zawsze czyste i dokładnie wysuszone.

Z książki tej robiłam m. in. boczek pieczony. Cytuję in extenso:

Boczek pieczony

1 kg świeżego, chudego boczku 1,2 dkg saletry, 2 łyżki soli, pół łyżeczki tłuczonego pieprzu i angielskiego ziela, 2 listki bobkowe, łyżeczka utartego na proszek majeranku

Niepłukany boczek natrzeć dokładnie sola mieszaną z saletrą i przyprawami, ułożyć na misce i pozostawić na 5-6 dni w chłodnym miejscu, codziennie go odwracając. Następnie wypłukać, naciąć skórę w kratkę, posypać z wierzchu majerankiem i upiec w gorącym piekarniku na złoty kolor. Tak przyrządzony boczek jest doskonały na zimno do chleba, lub na gorąco do kapusty czy grochu.

Nie będę ściemniać: są tam tez przepisy na zielone pomidory. Ale nie podam, dopóki mi ktoś nie powie, gdzie tak konkretnie mogę kpić kilogram zielonych pomidorów. Niech i ja cos z tego mam.

Jak wiadomo, lub nie wiadomo, doktór kardiolog mi zalecił spożywanie alkoholu. O, o, jak ktoś nie wierzy, może tutaj sprawdzić. Jako pacjent jestem przekleństwem internisty i dobroczyńcą farmaceuty. Kupuję lekarstwa, ale zapominam je brać. Tym razem także zakupiłam lekarstwo, w postaci wina chilijskiego, które mi polecił doradca winiarski (ja nie mogę, ale słowo, tak ma na wizytówce). I jakoś nie mogłam się przełamać i je otworzyć.

Postanowiłam kupić sobie jakieś lekarstwo bardziej z sensem. Baileys, pomyślałam sobie, będzie w sam raz dla mnie. Poza tym pomyślałam, że nie ma powodu przepłacać w jakich salonach alkoholowych u stylistów alku, i że pójdę do Carrefoura Ekspresa, który mi nastał w miejsce „Alberta”. Ale nie pomyślałam, że co ja pójdę do tego Carrefoura Ekspresa, to się irytuję.

Ja nie wiem jak to jest możliwe, ale jak się okazuje, jednak jest – w „Albercie” było wszystko, czego mi potrzeba. A w tym całym Carrefourze nie ma nic. Jak u Kononowicza. Oliwek nie ma, kaparów nie ma, anchovies nie ma, pomidorów krojonych w puszce nie ma, osełka górska nieobecna, twaróg Delfiko – a co to takiego?, warzywa ledwo zipią takie zwiędnięte, owoców wcale nie ma, ser żółty w dwóch gatunkach na krzyż. A idź on na rojsty z takim sklepem.

Poza tym – i to mnie wnerwia najbardziej – kasa „do pięciu produktów” obsługuje ludzi, którzy mają dwa wielkie wózki wyładowane po brzegi, a ja stoję jak parasol na weselu i czekam. W kasie do pięciu produktów, która obsługuje wszystkich, jak leci. Próbowałam zrobić jakąś drakę na ten temat, ale kasjerka mi powiedziała, że ma przykazane obsługiwać wszystkich. W sumie nie było komu tej draki zrobić, bo co ona jest winna, że takie ma polecenie służbowe?

Polazłam do działu alkoholowego. Wypatrzyłam tego baileysa. Ale – no wiem, wiem, mam wielkie zamiłowanie do kiczu – półkę niżej dostrzegłam Scheridan’sa. Stał tam sobie i się do mnie szyderczo uśmiechał.

Wsadziłam dziada w koszyk i zaczęłam majestatycznie płynąć ku kasie dla alkoholi. Kasa ta jest równocześnie kasą pierwszeństwa, czyli dla starych, niepełnosprawnych, ciężarnych i te pe. Do tej kasy stali uprawnieni do pierwszeństwa w ilości dziesięciu osób, a każda z koszykiem naładowanym jak na ciężkie czasy. Więc poszłam do kasy do pięciu produktów. No querva, a tam baba uczy się obsługiwać tę kasę. Osoby przed mną dwie, ale stoję w miejscu z tą jedną butelczyną. W końcu baba mnie skasowała. W ramach ekologii nie dostałam nawet papiórka do owinięcia flaszki, a przy wyjściu rozdzwoniły się alarmy w bramkach.

To tylko tyle powiem, i będę to mówiła tak długo dopóki coś się nie zmieni, że Carrefour Ekspres to jest dziadostwo i jak Kartagina, powinien być zburzony.

Ponieważ jednak nie samym alkiem człowiek może żyć, to teraz będzie o jedzeniu. W zasadzie przez te lata istnienia „Nienawidzę gotować!” opisałam prawie wszystko, co jemy z Dzie(g)ciem. Nie podaję przepisów niewypróbowanych, a właściwie to podaję wielokrotnie wypróbowane. Przyszłość zatem tego bloga rysuje się czarno.

Ostatnio jednak zrobiłam coś, na co od bardzo dawna miałam ochotę. I co na pewno będzie się robić raz na jakiś czas – zwłaszcza, że daje się porcjować i zamrażać, i świetnie się sprawdza jako potrawa jesienno-zimowa.

Jest to, ni mniej ni więcej, tylko chili con carne.

Na oleju zeszkliłam dwie cebule. Dodałam do nich pięć gigantycznych zębów czosnku dość drobno pokrojonych oraz dwie papryczki chili drobno posiekane i pozbawione pestek. Następnie dorzuciłam kil;o9gram indyczego mięsa mielonego i smażyłam tak długo, aż się usmażyło. Oczywiście mięso może być wołowe, albo wołowo-wieprzowe – robiłam chili i z takim, ale indycze najbardziej mi pasuje, jest najdelikatniejsze. Następnie wlałam puszkę krojonych pomidorów, liść laurowy i pół szklanki rosołu (można dolać wody albo rosołu z kostki – przy czym kostką nie należy szafować, bo jest słona, a ta potrawa – moim zdaniem – w ogóle nie wymaga soli). Po jakimś czasie dodałam ugotowane przeze mnie osobiście: dwie szklanki czarnej fasoli, dwie szklanki czerwonej, a na samym końcu dwie puszki kukurydzy (bez zalewy).

Oczywiście na deser lepsza byłaby od Scheridan’sa tequila. I tyla.


Zapomniałam dodać, że do chili con carne dodaję łyżeczkę kakao.

Lato szlag trafił. Sandalesy warto by było pochować do szafy, ale się nie chce. Bo zimno. I wilgotno. A przecież takie sandalesy najpierw trzeba wyczyścić, co jest mokrą robotą brudną, nieprzyjemną i w ogóle – błeh. To ja co. To ja zrobiłam kapuśniaczki. Bo chociaż to robota paskudna, to i tak czystsza od czyszczenia butów. No, a po upieczeniu można zostawić piekarnik otwarty i po pierwsze, robi się trochę cieplej, po drugie, dom wydaje się bardziej domowy, a po trzecie będzie co wziąć ze sobą do pracy i szkoły zamiast kanapki – nudziary.
Jeśli czuje, że jej myśli dają się we znaki, jeśli spać nie może albo sobie miejsca znaleźć, jeśli chłop ją rzucił albo ona chłopa, niech zrobi sobie kapuśniaczki.
Niech przygotuje 35 deka mąki pszennej. 30 deka mąki niech wywali na stolnicę, a do niej niech pizgnie 3 deka drożdży rozpuszczonych uprzednio w trzech łyżkach ciepłej wody, pół szklanki ciepławego mleka, łyżeczkę soli, dwa jajka i niech wyrobi z tego gładkie, elastyczne ciasto. Jeśli będzie za bardzo się kleić do rąk, niech podsypie mąką, której wszak odważyła sobie trochę więcej. Może przy tym sobie śpiewać dowolne pieśni, ale najlepiej pasuje tu piosenka Kasi Klich „pokroiłam, ugotowałam, przypaliłam i się zmęczyłam” – czy jakoś tak.
Następnie, jak już będzie miała to ciasto w postaci gładkiej, elastycznej do obrzydliwości kuli, niech je rozwałkuje na kształt prostokąta. Na ten to prostokąt niech poukłada to tu, to tam wie – wiórki z masła, cienkie bardzo. Ciasto niech złoży jak kopertę i rozwałkuje je cienko. Następnie znowu niech wyłoży wie- wiórki z masła i znów niech wałkuje. I tak usquam mortem defecatem, aż zużyje pół kostki masła.
Następnie niech rozwałkowane ciasto pokroi na kwadraty, ponakłada na nie nadzienie – takie jak do pierogów z kapustą i grzybami – niech je poskleja tak, żeby kapucha siedziała w środku, osmaruje rozkubełtanym jajkiem, posypie kminkiem i wstawi do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.
Przepis na motywach przepisu Małgosi Musierowicz. Upierdliwość roboty wynagradza smak ciasta, łączącego w sobie zalety ciasta drożdżowego z zaletami ciasta francuskiego.
Cóż za szkoda, że do tych kapuśniaczków nie pasuje kruszonka. No ni cholery nie pasuje. Żeby nie wiem jak kombinować, to od czapy by było. A obiecało się Spt przepis na kruszonkę. Ale co tam.  Bo zdecydowanie wolę placek ze śliwkami z kruszonką niż bez kruszonki. Chociaż – w razie czego – bez kruszonki zjem też.
Kruszonka może się składać z: 10 deka mąki pszennej, 1/3 kostki masła i ¼ szklanki cukru.  Na temat jej sporządzania w doktrynie zdania są podzielone. Jedni siekają wszystko na stolnicy jak leci, aż uzyskają coś w rodzaju kaszy manny. Inni mężowie uczeni topią masło i gorące wylewają do mąki wymieszanej z cukrem, a następnie palcami sporządzają kruszonkę. Jeszcze inni to masło studzą i dopiero potem mieszają. Ja tam ortodoksyjna nie jestem oraz niemarudna konsumpcyjnie jak już tak idę z gębą po kolędzie, i mi gantz pommada und wurst jaką technologią ta kruszonka będzie zrobiona, ale słuchaj Spt, co Ty z nią jeszcze możesz zrobić.
Otóż możesz posypać śliwki płatkami migdałowymi i dopiero na to pierolnąć tę kruszonkę. Możesz też dodać do niej pół łyżeczki świeżo utłuczonego ziela angielskiego i łyżeczkę mielonego imbiru i postąpić jak wyżej.

Zdjęcie reszty kapuśniaczków znajduje się tutaj: Kunstkamera

Ale mi się pisać nie chce. Zupełnie tak samo jak gotować.

– Bo ty – postawił któregoś dnia diagnozę Dzie(g)ć– nie tyle nienawidzisz gotować, co uważasz to za zajęcie uwłaczające twojej godności.. Dla ciebie gotowanie, to jak dla mnie zmywanie i sprzątanie.

No, owszem, to jest trafna diagnoza. Tym bardziej, że gotowanie wiąże się ze sprzątaniem i zmywaniem nieodłącznie. Ma to w pakiecie. Zdecydowanie bardziej lubię leżeć na kanapie i skakać po kanałach. Albo czytać. Albo chodzić bez konkretnego celu po mieście i konstatować, jak tu się w ciągu kilku lat zmieniło.

Tak, querva, gotowanie mi uwłacza. Wolę pachnieć Mahorą niż gulaszem.

Od czasu do czasu nie chce mi się także pracować. To ja wtedy wchodzę do kuchni i gotuję. Tak klin klinem wybijam, bo to nie ma to tamto, chodzi o to, żebym sobie dobrze zapamiętała, jak paskudnie się czułam w charakterze kucharki, to znacznie chętniej wstanę rano do roboty, gdzie kucharką zdecydowanie nie jestem.

Tym to sposobem w ostatnim okresie zrobiłam:

* soljankę

* kiszonkę ogórkowo-kalafiorową

* pierogi ze serem i jeżynami (bo jagód, cholera, nie ma)

* sernik

* knedle ze śliwkami

* konfiturę z płatków róży w dwóch wersjach

* makaron ze sosen putanesca

* gulasz z porami i gruszkami

* pizzę z bakłażanem, serem feta, pomidorami, oliwkami i nie pamiętam jakim jeszcze śmieciem jadalnym

W gotowaniu szczególnie nie lubię:

* zastanawiania się i ustalania, co będziemy jeść

* robienia zakupów

* dźwigania ich do domu
* układania ich we właściwych miejscach

* mycia jarzyn

* obierania jarzyn

* krojenia jarzyn

* mycia deski po pokrojonych jarzynach

* sprzątania z podłogi szczątków jarzyn

* mycia kuchenki

* wyciągania składników z szafki

* podsypywania mąką, kiedy ręce się kleją

* mycia mięsa

* mycia deski po mięsie

* próbowania, czy dobre
* kontrolowania, czy juz gotowe

* chowania do lodówki tego, co zostało

JA NAWET JEŚĆ NIE LUBIĘ

Tak, tak. Dawno nie było nowej notki. Ja naprawdę nienawidzę gotować. Pisać ostatnio też nie bardzo. Na wakacjach schudłam ze trzy kilo mimo dostarczania organizmowi jednego do dwóch ptysiów dziennie z cukierni „Ptyś” w Sztutowie. A wróciłam do domu, jem mniej i waga w gorę jebut! poszła.

Żeby jakoś dotrwać do obiadu jedzonego w domu, jednak na ruszt coś wrzucić trzeba. Ja ostatnio wynalazłam następujący zestaw:

Styropian (pieczywo z ciemnego ryżu – ja biorę okrągłe Sonko, absolutnie jałowe, bez soli), na to warstwa „Bielucha”, na to świeże jeżyny.

Zrobiłam też konfiturę w dwóch wersjach z płatków róż. Aż się wstydzę, że się takimi bzdurami zajmowałam. O konfiturze zatem innym razem, bo najpierw musiałabym napisać wprowadzenie o ciotce Polce, która wcale nie była moją ciotką, a to za pracochłonne jak na taki upał.

Adje się z Państwem.

Czeka nas siedmiogodzinna podróż pekaesem. W podróży jestem  bardzo śpiąca z przerwami na bardzo głodna. Pekaes nie własny samochód, więc wiadomo, człowiek zajazdu sobie nie wybierze, że niby tu zje świeżą rybkę, a kawę i lody w innym lokalu. Przystanki są krótkie, w sumie wystarczają na upuszczenie płynów i zakupienie surowca na następną partię.
Mam przed sobą kupę roboty z przewagą roboty. Muszę jakoś odgruzować mieszkanie, wymienić żwir w jednej kuwecie (dwie już obleciałam), przeprowadzić zabiegi higieniczne na kocie, spakować walizy, wynieść pierdyliard toreb za śmieciami, wziąć kasę z bankomatu, bo na miejscu trzeba zapłacić za wakacje, a bankomat tam jakiś miejscowy, więc od dwóch osób muszących zapłacić za dwa tygodnie pobytu policzyłby sobie niezły procent, który potem figuruje pod kryptonimem „obsługa karty” – chociaż to ja tę kartę obsługiwałam w bankomacie. Muszę odgruzować kanapę, która wygląda jak wronie gniazdo oraz ławę, która dla odmiany – że użyję sformułowania Melissy – wygląda jak lej po bombie. Powiedzmy sobie szczerze, otwarcie, nie unikając ryzyka: całe mieszkanie wygląda jakby w nie pierdolnął meteoryt tunguski.
W drodze będziemy jeść kanapki z pastą z boczku. Pasta nie wędlina, nie zacznie zieleniec, trzyma się chleba bez masła, które w upale ma tendencję do topienia się i jełczenia. Do tego ogórki małosolne i zielone.
Oprócz tego muffiny serowo-musztardowe (Welsh-Rarebit).
W celu ich otrzymania wymiesza się w jednej misce: ok. 230 dag mąki pszennej, ok. 50 dag mąki kukurydzianej, łyżeczkę soli, dwie łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody, czubatą łyżeczkę proszku musztardowego (kupiłam w sklepie „kuchnie świata”), który można zastąpić musztardą ze słoika.
W drugim naczyniu się miesza: jedno jajko. 15 dag startego żółtego sera, 150 ml jogurtu greckiego (można zastąpić maślanką i się nie przejmować), 125 ml mleka, dwie łyżki sosu sojowego, 6 łyżek oleju roślinnego.
Następnie mokre składniki wlewa się do suchych, miesza dość niechlujnie i piecze ok. 20 minut w temperaturze ok. 180 stopni.
Rozumiem szaloną karierę muffinek – jest to ciasto dla debili kulinarnych, psujów kuchennych i ogólnie ludzi o dwóch lewych rękach.
Pekaes nie autobus komunikacji miejskiej – jeść w nim wypada i będę to robić. Natomiast co ja myślę o jedzeniu w autobusach i tramwajach miejskich, można poczytać sobie na Towarach.


Wczoraj obejrzałyśmy z Dzie(g)ciem po raz czwarty ten sam odcinek Agentki do Zadań Specjalnych, wraz z jej walizą, rurą, chudą dupą i kwaśną miną. Jadłyśmy akurat sałatkę Jamiego (młode kartofelki, kapary, koperek, skórka z limonki i oliwa aromaterapeutyczna). Najpierw opcja była obraz bez głosu, ale Dzieć powiada:

- Daj ten głos, niech się zdenerwuję.

No, to odpaliłam z pilota.

Tą razą Agentka znęcała się nad panią Małgorzatą. Do rury wleciało śniadanie pierwsze i drugie (kanapki na zwykłym chlebie, z wędliną, do każdej pomidor), arbuz ze skórą, banany ze skórą, rodzynki, owoce kandyzowane. Gdyby był w pobliżu słoń, Agentka też by go upchała do rury razem z trąbą. Jako alternatywę Agentka pokazała identiko kanapki, tyle, że na chlebie ciemniejszym nieco (jak sądzę – barwionym słodem), z wędliną, sałatą i plastrem pomidora. Sałata jest cholernie zdrowa, bo najlepiej ze wszystkich warzyw chłonie ołów (mnie po sałacie żołąd napieprza, ale proszę, możemy przyjąć, że to wina mojego organizmu a nie sałaty). Poza tym nie bardzo rozumiem, dlaczego plasterek pomidora jest zdrowszy od całego pomidora.

Jak już skończyła ten taniec przy rurze, rozpoczęła numer z trzepakiem. Na wieszaku w kształcie trzepaka miała porozwieszane ubrania pani Małgorzaty.

- Z tych spodni wiesz co? Trochę wyrosłaś – powiedziała z satysfakcją.

- A tę bluzeczkę lubisz, prawda? Chyba ją kupowałaś razem z Dodą.

I już wiem, dlaczego nie lubię Agentki. Po prostu jest to program, w którym ośmiesza się uczestników. Oglądam zagraniczne programy o dietach i odchudzaniu. Nigdzie nie ma tego tonu wyższości, satysfakcji i ukontentowania faktem, że ktoś utył, źle wygląda albo że niemądrze się odżywia. Odwrotnie. Jest troska i chęć niesienia pomocy.

– Ona ma jakieś kompleksy i je sobie w tym programie leczy! – stwierdził Dzieć i zapytał: – Może byś się tak, Cocie, zgłosił do tego programu i tę Agentkę opierdzielił?

No cóż. Może i dla potraktowania Agientki tak, jak ona traktuje swoje pacjentki? klientki? – warto by było się zgłosić. Ale, z drugiej strony to program wybitnie niskobudżetowy, więc atrakcja żadna no i pytanie, jak wygląda selekcja. Nie mam nadwagi, tylko zbędne dwa kilogramy, więc szanse na załapanie się raczej mizerne.

W każdym razie ośmieszanie i upokarzanie gości to nie jest to, czego oczekuję od tego rodzaju programu.

 

Znasz-li ten stan: siedemdziesiąt kanałów w telewizorze, a oglądać nie ma czego. Telewizornia publiczna ma misję, która polega na tym, że rzeczy wartościowe zaczyna nadawać koło północy, a jakieś rozgwiazdy hasające po parkietach i lodzie – wczesnym wieczorem. Opera, jeśli jest, to raz na miesiąc, z łaski na uciechę – start przed północą, oczywiście, bo koneser wszystko strzymie.

Długo jeszcze na ten temat mogę, ale mi się nie chce. Nie myślę abonamentem finansować ciągnących się jak gówno za złotą rybka reklam, „Ziarna”, pokrak w czarnych sukienkach, Wildsteina. Telewizja publiczna może sobie swoją misję zastosować doodbytniczo i popchnąć wyciorem od armaty.

No, to oglądam sobie (wtedy, kiedy nie oglądam AXN, Hallmarku i TVN24.) TVN Style, Club i Kuchnię TV. W zasadzie działają niewkurwogennie, stanowiąc tło robótek ręcznych, leżenia na kanapie na czas i wspomagając konkurencję przewracanie się z boku na bok.

Czasem jednak trafi się program taki, że człowieka aż skręca. I tak ostatnio pojawiła się Agentka do Zadań Specjalnych. Agentka pojawia się u osób, które by się chciały odchudzić stosując dietę – przez co należy rozumieć prawidłowe. utrwalone nawyki żywieniowe. Znakiem rozpoznawczym Agentki jest gigantyczna waliza samolotowa na kółkach, którą ciągnie za sobą co i raz., to z lewej strony ekranu na prawą, to vice versa.

- Zamknij walizę, bo ci w nią wlizę, ty stara prochownio! – chciałoby się rzec za Wiechem.

Nie bardzo rozumiem, na co jej ta waliza. Bo i tak siedzi w jednym i tym samym garniaku we wszystkich odcinkach. Dopuszczam jednak do siebie taką myśl, że ma tam taką wielka szklaną rurę.

Tę rurwę Agentka umieszcza na stole i wrzuca do niej to, co delikwent je. Czyli pizzę, przekąski, kawę z mlekiem – co się zdarzy. Wygląda to oczywiście obrzydliwie i na pierwszy rzut oka na sensowne pociągnięcie. Niestety – ja od razu myślę sobie:

- A weź wrzuć tam babo ciasteczka owsiane, płatki śniadaniowe, zalej to jogurtem, dorzuć makaron razowy, szpinak duszony na parze i popraw sokiem z marchwi oraz pomidorowym. Do tego, oczywiście, mnóstwo tofu.

Jednym słowem pomysł z rurą jest głupi, to jest chciałam powiedzieć chybiony.

Tańce przy rurze przerywane są buszowaniem po lodówce osoby, która zgłosiła się do programu.

- Ojejusiu – marudzi Agentka. – Nie masz warzyw i owoców. Musisz jeść dużo warzyw.

Z tym akurat nie ma co dyskutować. Ale jest ale. Na przykład ja kupuję tyle zieleniny, ile mi potrzeba na dany dzień. Nie bardzo widzę powód, dla którego mają więdnąć w lodówce. Więc jak ich nie mam, to znaczy, że właśnie je zeżarłam. Natomiast dla odmiany to, że mam owoce i one gniją i pleśnieją na parapecie (bo owoce kupuję dla uspokojenia sumienia, za owocami nie przepadam) tak samo nie świadczy o tym, że je zjadam. Jednym słowem to, że się ma nie oznacza, że się tego używa, a jak się nie ma, że to jest stan na zawsze.

Poza tym Agentka ewidentnie dzieli jedzenie na dobre i na złe. Owszem, zgoda, dżankfudy mieszczą się w takim rozumowaniu. Bo obiektywnie są złe. Ale Agentka albo nie wie, albo rżnie głupa nie mówiąc, że np. niektóre płatki śniadaniowe, tak strasznie zachwalane, są bardziej kaloryczne i tłuste niż dwa jajka posadzone na bekonie.

Dlatego Agentka mnie irytuje niemożebnie. A na przykład program „Zgrabne gotowanie” – ani trochę. Tam się mówi o kontrolowaniu wielkości porcji,. Tam się mówi: uwielbiasz lody, okej, pokażemy ci, jak zrobić sobie samemu w domu lody lekkie, mniej tłuste i słodkie od tych ze sklepu. Zjesz je po obiedzie. A ponieważ zjesz lody, to twój obiad powinien być mniejszy i mniej kaloryczny niż dotychczas, proszę bardzo, pokażemy ci, jak go ugotować. W dodatku z tej samej bazy będziesz mieć obiad na dwa dni – a każdy będzie inny.

To tyle na temat Agentki. Bo jak napiszę o niej jeszcze jedno zdanie to zwomituję na akapit.

Teraz będzie o wyczynach kuchennych.


Wyczyn pierwszy – oliwa aromaterapeutyczna
.

Pół główki czosnku zalałam sokiem z połowy cytryny. Macerowałam jakieś pół dnia. Następnie czosnek wepchnęłam do butelki, dodałam dwie papryczki chilli pokrojone na mniejsze kawałki (ale pozbawione pestek) i zalałam to dobrą oliwą.

Oliwą tą zalewałam: ugotowaną fasolkę szparagową, kalafiora, smarowałam nią cukinię do grillowania.

Wyczyn drugi – jogurt Dzie(g)CIA

Jogurt (taki zupełnie niesłodzony) Dzie(g)ć miesza z odrobiną miodu i kilkoma kroplami wody różanej. Chociaż mam uczulenie na miód mogące zakończyć się zejściem śmiertelnym, to ten skromnie wyglądający zestaw pachnie tak oszałamiająco, że aż miałam ochotę spróbować.

Wyczyn trzeci – sałatka z cukini

Niech wezmą cukinię i ją potną na cienkie płatki. Katorżniczą tę pracę wykonuje się najlepiej obieraczką do warzyw. Teraz niech zetrą na tarce skórkę z połowy cytryny i dorzucą do cukinii. Następnie niech wcisną sok z cytryny. Niech zapomną o sałatce na pół godziny, w ciągu której zajmą się czymś pożytecznym. Następnie niech do cukinii dorzucą ze trzy dwie łyżki kaparów czy ile im tam pasuje, zaleją oliwą aromaterapeutyczną, wymieszają, znów odczekają z pół godziny aż surówka się przegryzie. Teraz mogą jeść.

Jak nie maja takiej oliwy to sami są sobie winni. Mogą zresztą wkroić ze dwa ząbki czosnku wlać zwykłą oliwę – chociaż to nie to samo.

 

Ta notka musi wystarczyć na kilka tygodni. Bo mam doła. Nie mam apetytu ani na pisanie, ani na jedzenie. Ma to też dobre strony – może wreszcie zrzucę te pięć kilogramów, które mój organizm kurczowo trzyma na wszelki wypadek.

No bo tak. Po pierwsze – zaczęłam sprzątać. Złogi mam chyba z dwóch lat i one mi do niedawna nie przeszkadzały. Aż tu nagle! Z dnia na dzień poczułam, że jak nie doprowadzę chociaż w jakimś stopniu tej stajni Augiasza do stanu używalności – zwariuję. Tydzień temu mój ciąg kuchenny wyglądał jak po przejściu Perfekcyjnej Pani Domu. Dzisiaj nie wygląda znacząco gorzej. Uprałam jedne zasłony. Zrobiłam porządek w szafce kuchennej z zapasami (tak, to nie pomyłka: mam tylko jedną szafkę na produkty spożywcze) i wymieniłam na nową pułapkę na mole.

Zepsuty odkurzacz wypizgłam na śmietnik i kupiłam nowy. Nawet go użyłam i muszę przyznać, że turboszczotka przy dwóch zmieniających okrywę sierściuchach to jest bardzo dobry wynalazek.

Wyrzuciłam trochę zużytych ciuchów (swoją drogą nie rozumiem: pozbywałam się rzeczy na jesieni i teraz – razem kilka dużych reklamówek. Kupiłam tylko trzy rzeczy i to małe. A w szafie dalej nie ma miejsca. CO TO, QUERVA, MA ZNACZYĆ?!

Oczywiście została mi jeszcze kupa rzeczy (z przewagą rzeczy) do zrobienia. I ja myślę, że tak się zaczyna szaleństwo. Człowiek sprząta, zamiast robić nic.

Bo ja ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej lubię robić nic. W zamierzchłych czasach szkolnych nawet wracałam ze szkoły i od razu brałam się do lekcji. ODWALIĆ I NIC NIE MUSIEC.

Może jak już posprzątam, to wrócę do normalności. Będę leżeć, nicnierobić, bimbać, bąki zbijać, pluć, łapać i gdzieniegdzie się drapać.

Po drugie. Doktorze, pomocy! Wczoraj PO PRACY przyszłam do domu i DOBROWOLNIE ugotowałam. Doktorze, błagam, proszę mi cos na to przepisać. Boję się o siebie, to przecież nie jest normalne.

Ten mój występek to były muffinki. 2,5 szklanki mąki, dwie łyżeczki proszku do pieczenia, ¾ szklanki cukru i szczyptę soli wymieszałam w misce. W drugim naczyniu rozbełtałam dwa jajka, 1 i ¼ szklanki maślanki i 50 g roztopionego masła. Suche składniki połączyłam z mokrymi mieszając je byle jak, na odtrąbiono i aby Polska nie zginęła. Następnie wrzuciłam do ciasta resztkę mrożonych malin. Bo to było na fali przygotowania zamrażarki do porządków. Po czym upiekłam w temperaturze 180 º a kto wie, czy nie mniej. Bo mi się na pokrętle te kreski powycierały.
Wyszło 14 muffinek. Plan był taki, że weźmiemy sobie z Dzie(g)ciem do pracy i szkoły. Rano na talerzu były trzy gnieciuchy – po jednym na śniadanie w domu plus gratis dla Dzie(g)cia.

Panie doktorze, boję się o siebie. Czy mogę coś dostać na tę pracowitość? Bo ona, jak widać, i tak sie nie sprawdza.


  • RSS