nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

To ktoś tu jeszcze zagląda?!

Żeby mi nie było, że przez ostatnie dwa tygodnie nic, tylko jemy ten jeden kotlet z połówką gruszki. Otóż jadłyśmy kaszankę (obie) flaki (tylko ja), rewelacyjną pastę z makreli a la Pru (obie) i owoce morza (tylko koty).
A boczek robiłam we wrześniu. Niemniej – do dzisiaj go pamiętam. Uwiera mnie jak gwóźdź w bucie. Przed pójściem spać wstawiłam go do piekarnika (boczek, nie gwóźdź ani tym bardziej but) w marynacie z soku jabłkowego i innych tam takich. Żeby się w bardzo niskiej temperaturze piekł do rana. Jeżeli wasza sypialnia – tak jak moja – jest położona bardzo blisko kuchni, nie róbcie czegoś takiego. Zapach mi całą noc nie dawał spać.
No, ale może jest tu jakiś masochista, sybaryta i zarazem człowiek ambitny, równocześnie potwornie leniwy. Z czym się identyfikujesz, Spt?
Otóż.Potrzebny jest boczek o wadze dochodzącej do 2 kilogramów. Pozbawiony skóry (z trudem tego dokonałam, gdzieś zgubiłam Nóż Do Wszystkiego – normalnie koszmar).
Następnie należy zrobić marynatę. Potrzeba na nią 8 szklanek soku jabłkowego albo pomarańczowego. Ja dałam litr jabłkowego, resztę uzupełniłam mangowym, bo taki miałam, ale go podkręciłam sokiem wyciśniętym z cytryny. Do tego szklanka syropu klonowego (nie miałam, więc dałam pół szklanki miodu). Dwie łyżki musztardy ziarnistej. Dwie łyżki kminku zmielonego (nie miałam w czym zemleć, stłukłam go w torebce tłuczkiem do mięsa), pieprz czarny świeżo mielony. To wszystko wymieszać z sokiem.
Uwaga techniczna. Celowo nie piszę, żeby dać soli. Boczek sam w sobie jest słony, i – niestety – samemu trzeba wymyślić, ile tej soli dać. Ja bym nie dała więcej niż jedną łyżkę stołową.
Boczek (tłuszczową strona do góry) zalałam marynatą i wstawiłam na całą noc do piekarnika nastawionego na 80 stopni z termoobiegiem. Ścierwo ma być albo przykryte pokrywką albo trzeba zrobić pokrywkę z folii – to ważne.
Po czym poszłam spać.
Piekarnik mam elektryczny, więc się nie bałam.W gazowym temperaturę dałabym ciut wyższą.
W nocy, przez sen, rozumiałam moje koty, kiedy szaleją, bo coś się piecze, gotuje lub kroi. Ale potem! Czyli popołudniu. Potem to ja go dla dekadencji rzuciłam na grill. Takie kawałki, jakie sobie życzyłam. I trochę tłuszczu się wytopiło. Chociaż, z drugiej strony, trochę go mi było szkoda. Tego tłuszczu.

Nie tylko nienawidzę gotować, ale właściwie prawie wcale nie gotuję. Żywię się na ogół na mieście. Robię to dość niechętnie, bo jednak wolę domowe jedzenie.
Złości mnie też w dalszym ciągu, kiedy ktoś w realnym życiu usiłuje nawiązać ze mną kontakt emocjonalny, i wyciągnąć ze skorupy, pytając o sprawy kuchenne. O przepis na coś. O to, jak coś upitrasić.
„Bo każda rzecz powinna mieć swoje miejsce” – przynudzały Pekazety, kiedy byłam nastolatką. Dotyczyło to oczywiście pizgniętych na ziemię ubrań i książek, łyżeczek wrzuconych do przegródki z widelcami i temu podobnych spraw, ponad które byłam. Obecnie sama jestem zdania, że każda rzecz powinna mieć swoje miejsce i niekoniecznie odnosi się to akurat do łyżeczek. Tyczy się raczej spraw zasadniczych.
Więc kiedy ktoś mnie zaczepia o sprawy związane z garami, czuję się jak lekarka, którą facet porywa do tańca, a w trakcie mówi:
- Pani doktor doktor to ma takie piękne oczy, utonąć w nich można, a mnie to tu tak w boku strzyka, co to może być?
No, ale żeby mi nie było, żem całkiem nieużyta, podaję przepis na kotlety schabowe z gruszkami. Do Ciebie piję, Beata. Nie muszą to być kotlety schabowe. Mogą być cielęce. Może to być też polędwiczka wieprzowa, wobec której stanęłaś bezradna.
Na cztery kotlety schabowe lub cielęce potrzebujesz: 3 łyżki masła, łyżkę oliwy z oliwek, dwie duże gruszki (albo cztery połówki gruszek z kompotu, co o te porze roku odradzam), pół szklanki gęstej śmietany, pół szklani białego wytrawnego wina (można zastąpić dając dwa kieliszki wódki wymieszanej z wodą), sól i biały pieprz.
Kotlety masz lekko rozbić tłuczkiem (nie wiem, czy osoba, która nie ma książki kucharskiej posiada tłuczek, w razie czego owiń te kotlety folią i stłucz czymkolwiek – wałkiem do ciasta albo swoją słynną różową japonką), a potem usmaż (3-4 minuty z każdej strony) na patelni na tłuszczu (łyżka oliwy i dwie łyżki masła).
Przełóż do naczynia żaroodpornego grubo wysmarowanego pozostałym masłem.
Obierz gruszki, przekrój na pół i dokonaj aborcji gniazd nasiennych. Gruszki z kompotu nie wymagają obierania, więc nie próbuj, tylko wyjmij je z tego kompotu i osącz.
Każdą połówkę umieść na jednym kotlecie (czyli każdy kotlet ma do pary pół gruszki), kotlety zalej śmietaną rozmieszaną z winem i pieprzem. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 180°C. Zapiekaj przez 15-20 minut.
Z polędwiczkami postępujesz tak samo, tylko wcześniej musisz je pokroić na plastry.
To jest wszystko, co autor ma do powiedzenia na temat przepisu na kotlety z gruszkami i oddala się czytać xięgi uczone, miast ciągnąć w nieskończoność druta rozmowy o garach.

W cichej, małej oberży w maleńkim kraiku siedziała babcia Weatherwax i z wyraźną podejrzliwością przyglądała się zawartości swojego talerza. Właściciel krzątał się przy kuchni z obłąkanym wyrazem twarzy człowieka, który wie – zanim jeszcze zaczął – że nie ma najmniejszych szans.

– Dobra, prosta, domowa kuchnia – powiedziała babcia. – O nic więcej nie proszę. Znacie mnie przecież. Nie mam wielkich wymagań. Nie sam tłuszcz i różne takie. Bo potem człowiek skarży się na coś, co leży na liściu sałaty, a okazuje się, że to właśnie zamówił.

Niania Ogg wsunęła za gors sukni róg serwetki i milczała.

– Jak na przykład wczoraj – ciągnęła babcia. – Można pomyśleć, że kanapki są niegroźne, prawda? No wiecie… Kanapki? Najprostsze jedzenie na świecie. Nawet cudzoziemcy nie mogą pokręcić niczego z kanapkami. Ha!

– Nie nazywali ich kanapkami, babciu – przypomniała Magrat, wpatrzona w patelnię oberżysty. – Nazywali je… Wydaje mi się, że dymioną płytą.

Całkiem niezłe – odezwała się niania. – Bardzo lubię marynowane śledzie.

– Ale musieli nas uznać za idiotki, które nie zauważą, że nie dali górnej kromki chleba – oświadczyła tryumfalnie babcia. – No, powiedziałam im parę słów do słuchu. Dwa razy się teraz zastanowią, zanim spróbują okraść ludzi z kromki chleba, która im się prawnie należy!

– Na pewno się zastanowią – przyznała ponuro Magrat.

(Terry Prattchet – „Wyprawa czarownic”)

Z Dalekich Stron przywoziłam różne patenty. Przypominam sobie wśród nich: zimny sos do jajek z Bratysławy, placek z owocami z Żywca, pierogi Kotkowa z knajpy na Litewskiej, naleśniki brokułowe z bufetu, który był niedaleko korpo, piure ziemniaczane z kukurydzą, surówkę z kalafiora ze Sztutowa.

W tym roku hitem stały się właśnie kanapki. Oszukane w znaczeniu babci Weatherwax, bo pozbawione górnej kromki. Kanapki te nam podawał w Mieście Szeherezadowy, zwany Werfolfem. Po prostu lekko podpiekał pieczywo w tosterze, a dalej już było normalnie.

Nigdy nie miałam tostera. Takiego, co to do niego się wkłada kromki chleba jak do odtwarzacza CD, i one po opieczeniu wyskakują myk!

Więc zakupiłam toster i od miesiąca nic, tylko OPIEKAMY.

A ponieważ wen w dalszym ciągu się nie zjawia, stac mnie tylko na zadanie pytania: przywoziliście kiedyś z Dalekich Stron jakieś potrawy albo patenty, które na stałe włączyliście do repertuaru?

Przednówek

25 komentarzy

Ech. Kiedyś to było. Przed wojną na przykład to była pogoda! I przednówek był. A teraz co. Teraz mrożonki, tacki do mikrofali, truskawki i ciasto drożdżowe w torebce.

No ale niektórzy jednak maja przednówek. Na przykład – ja. Kupiłam coś, bez czego spokojnie mogłam się obejść, zapłaciłam za to kupę kasy i tym sposobem zrobiłam sobie przednówek. Z tego przednówka – po rozejrzeniu się po domu – okazało się, ze mam niecały kilogram starych kartofli, cebulę i pół opakowania fety. A z mrożonek – ciasto na pierogi. Postanowiłam zrobić ruskie pierogi. Danie międzynarodowe, w duchu Unii Europejskiej, bo proszę – oto mamy ciasto na pierogi (tradycja włoska, chińska i rosyjska), w środku ziemniaki (tradycja rodzima), czyli dietetyczne pod każdym względem.

Ten niecały kilogram ziemniaków ugotowałam z suszonym badylem kopru. Dodałam opakowanie półtłustego sera (25 deka), pół przysmażonej na oliwie cebuli (w sumie tylko do stanu omdlenia), te samotne pół opakowania fety, szczyptę soli i sporo świeżo zmielonego pieprzu.

Ten dodatek fety okazał się bardzo dobrym pomysłem. Nadzienie dzięki niemu uzyskało bardzo dobrą konsystencję i idealna lepkość, no i trochę zmieniło smak.

Ruskie na mieście charakteryzują się na ogół dwoma błędami. Po pierwsze – nadzienie się w nich leje. Podejrzewam, że dodawany jest do nich ser mielony, a najpewniej – homogenizowany.

Po drugie – w nadzieniu mają przewagę sera nad ziemniakami. To chyba po to, żeby konsument nie miał uczucia, że je danie ubogich. W wyniku czego uzyskuje się pierogi z serem, zanieczyszczone ziemniakami. A tego zdecydowanie nie polecam.

Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że teraz to mi się nie tylko

gotować nie chce, ale i pisać. No, ale kobyłka się rzekło,

rzeknie się i beeeee.

A tak nawiasem wspominając, to byłam dzisiaj w kinie i po kinie

pojszłam

do Burdel Kinga. A że to w centrum handlowym było, to miałam

bogate pole do obserwacji. Ile ludzie jedzą hamburgerów!

To się w pale nie mieści.

A przecież dzisiaj Wielki Piątek. A to post jest przecież, i to jakoby wielki.

A ludzie nic, tylko te hamburgery wpieprzają. Wielkie jak młyńskie koła.

Jak wołowa morda po oczy. Jak rozeta na witrażu kościoła.

No  przechodzimy do ad remu. Kilka tygodni temu zrobiłam sobie

mrożony tort bezowy. Blaty kupiłam gotowe, bo nie miałam

zmagazynowanych białek, a w ogóle to mi się

nie chciało piec tych bezów, bo wtedy ani prania nie  można zrobić

ani wody zagotować, bo korki wywala, a w ogóle białka mają być

na bezy czekoladowe.

Gotowe blaty (trzy sztuki) kosztowały 5 zł.

Szklankę i 1/4 szklanki cukru, szklankę soku z cytryny, otartą skórkę
z cytryny (jakieś dwie łyżki zupowe) i 75 g masła zagotowałam.

6 jajec ubiłam mikserem (razem żółtka i białka)
do tego wlałam te bumalajze cyrrynową, przestudzoną
wymieszałam, przelałam do garnuszka i gotowałam, aż zgęstniało.
Beznadziejna robota, trzeba mieszać i pilnować, żeby się nie zrobiły takie grudy

jak w budyniu.
Pizgłam do miski, przykryłam folią żeby się nie zrobił kożuch

i poszłam obejrzeć Hausa.
W tym czasie ta bumelajza wystygła.
Ubiłam półtorej szklanki kremówki.
Do ubitej kremówki dodałam ten kit cytrynowy ,

wymieszałam przełożyłam blaty,

wsadziłam do zamrażarki i poszłam oglądać Hausa.
Tego dnia rzygałam Hausem.

Poza tym polecam sałatkę Moni.
Się miesza: por (białe części – ja blnaszuję),

kurczaka wędzonego i ciemne winogrona

przekrojone na pół. Można skleić majonezem.

Ja mieszałam majonez z kwaśną śmietaną i ząbkiem czosnku

Robiłam też pastę z jajek na twardo i zielonych posiekanych oliwek

Nie bardzo mam pomysł jak to opisać. Gotuje się jajka na twardo, sieka,

sieka się oliwki,

kroi cebulę (najlepiej czerwoną) wszystko razem

miesza, skleja majonezem i się ma pastę – ale niezbyt długo.

 

Wesołych świąt, alleluja i do przodu.


Niedawno Stardust mi uświadomiła, że Martha Stewart dlatego nauczyła się gotować, perfekcyjnie sprzątać i wycinać jakieś nikomu niepotrzebne pierdolety i durnostojki z papier-mâche, bo była kiepska w łóżku. Nie będę litościwie ciągnąć tego wątku. Jeden jest dobry w tym, drugi w czym innym, a ja poszłam do fryzjera, bo w tym też jestem dobra – oczywiście tylko wtedy, kiedy mam pieniądze.

A u fryzjera – jak w każdej poczekalni – nie wypada nie czytać. Jak czytasz – to jesteś inteligentny i aktywny umysłowo. A jak siedzisz i myślisz – to nie jesteś. Bo myślenia nie widać. Ponieważ przez ostatnie kilka lat dość się naczytałam zawodowo głupich tekstów w korpo, żeby je jeszcze potem czytać u fryzjera, broniłam się przed pisemkami ręcami nogami. No ale nie przesadzajmy, ileż czasu można wszystko zwalać na toksycznych rodziców albo toksyczne korpo. Przejrzałam więc pisemka o fryzurach – ale żadna nie była dla mnie dość ekstrawagancka. Potem takie z cyklu „Pierdyliard Szeset Pińdziut Pińć i Pół Rzeczy, Które Musisz Mieć”, no i już mi zostało tylko „Wprost” – którego nie cierpię – kiedy znalazłam dodatek psychologiczny do „Polityki”.

A w nim był tekst o takim rudym kocie, co zintegrował całe miasteczko na Środkowym Zachodzie. I się nad nim popłakałam. Ale jak! Tak, że przez te łzy nawet się wstydziłam poprosić, żeby mi ten wyświechtany dodatek dali, to im przyniosę jakieś inne gazety.

No dobra, to żeby mi nie było, że ja nic, tylko o kotach.

To jest pies. Roboczo ma na imię Barrack.

barrack1


barrack2

Zwierzak ma 8 miesięcy i już sporo za sobą. Koleżanka znalazła go na bardzo ruchliwej ulicy. Bał się ludzi, samochodów, innych psów, nie umiał chodzić na smyczy. Obecnie jest fajnym, wesołym zwierzakiem, bardzo dobrze socjalizowanym.

Szukamy dla niego domu. Kontakt w sprawie adopcji można nawiązać tu:

olacha@tlen.pl

507 47 62 39


barrack3
barrack4


A przepisu żadnego dzisiaj nie będzie. Dzisiaj dyżur na garach ma Martha Stewart. Ja mogę co najwyżej zmienić pościel. Na tym właśnie polega sprawiedliwość. Chociaż najsprawiedliwiej by było, gdyby pościel zmieniła Anthea Turner.

Tak, wiem. Można pójść do sklepu na rogu i za 59 złotych kupić całkiem pokaźną flaszkę Baileysa. Zwłaszcza jak ktoś za komuny żył i przerabiał a to fortepian na kajak, a to vice versa, swetry na getry, getry na szaliki, szaliki na kołdry patchworkowe. Sam strzygł, gręplował, prządł, haftował i wytwarzał papier toaletowy z gazet.
Z drugiej strony, kiedy żyje w wielkim mieście, w pośpiechu, w braku czasu nie tylko na przyjaźnie, ale i na zwykłe kontakty towarzyskie, kupuje prawie wszystko, co przez wieki wytwarzano w domu. Ten człowiek. Jeden z drugim. Na mojej klatce schodowej nawet przed świętami nie było czuć zapachu ciasta. Najwyraźniej nikt nic nie piekł. Na róg skoczył po gotowe.
Bimbru pędziła oczywiście nie będę, bo to i oprzyrządowania nie mam, i niecierpliwa jestem, i pewnie wypiłabym zacier. To teraz biegiem, bo ten… no… sprawdzam, czy się przegryzło.
Trzeba mieć masę kajmakową czyli krówkową. W tym celu gotuje się puszkę mleka skondensowanego słodzonego prze jakieś 2-3 godziny w garnku pełnym wody. Ja kupiłam gotową. Dodałam do niej dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej i mały kartonik śmietanki 12-procentowej. Rozbiłam mikserem. Następnie dodałam szklankę whisky. Wymieszałam. Przelałam do butelek.
Tym to trunkiem spełnię toast noworoczny. Owszem, wiem, że zwyczajowo robi się to szampanem. Który w naszych warunkach nie jest żadnym szampanem, tylko jakimś musującym ersatzem. Jeśli komuś ten brak bąbelków w wytworzonym domowym przemysłem Baileysie przeszkadza, może sobie wsadzić do kieliszka słomkę i dmuchając weń, wyprodukować całkiem profesjonalne bąbelki. Czego wszystkim życzę.
Wszystkiego najlepszego w nowym roku.

Dwadzieścia lat przepracowałam w zawodzie, w którym konferencje stanowią codzienność. I przez te dwadzieścia lat na żadnej konferencji niczego ciekawego się nie dowiedziałam. Dopiero trzeba mi było zmiany zawodu, żeby konferencje mi przynosiły już to wiedzę konkretną, już to ciekawostki, już to ciekawe wyzwania.
O, nie dalej jak w zeszłym tygodniu. Byłam na seminarium ”Dziedzictwo i Rozwój. Innowacyjność w zarządzaniu kulturą”. Nie będę zanudzać kwestiami na nim poruszanymi, skupię się na wyzwaniach.
Pierwszego dnia w przerwie na lanczyk zostałam – i nie tylko ja – powalona na kolana nieprawdopodobnym kateringiem. Oćpawszy się zupą z prawdziwców, przyssałam się do absolutnie doskonałej szynki na ciepło. Cholernie mnie ciekawiło, jak ona została przyrządzona. Oraz skąd ten katering, bo może jak my będziemy organizować jakąś mało liczną konferencję, weźmiemy go właśnie stąd, skąd go wziął Pałac w Wilanowie.
Miarą dobroci lanczu może być fakt, że w drugiej połowie dnia uczestnicy nie stopnieli jak śnieg kwietniowy, pozostawiając prelegentów we własnym sosie – co jest zwykle bolączką takich imprez. To jest genialny pomysł – zgłuszyć ludzi dobrym żarciem tak, żeby nie mieli siły nigdzie wybywać ani się rozpełzać, ani nawet wyjść na papierosa, tylko żeby doczołgali się do swoich miejsc na sali i zajęli trawieniem. Ja na przykład nie miałam już miejsca na żadne ciastko do kawy. A niestety – nie dawano tak zwanych torebek dla psa. To bieda nie mieć staropolskiego spustu.
W dniu następnym podziało się jeszcze ciekawiej, ponieważ lancz był połączony z prezentacjami kulinariów staropolskich. Podano: zupę migdałową, łososia i kaszę gryczaną według przepisów spisywanych przez kucharza z kuchni pałacowej (ale nie wilanowskiej) w Roku Pańskim 1630. No i tu się właśnie pojawiło wyzwanie, bo prowadzący domagał się od uczestników, żeby odgadli, w jaki sposób zostały przyrządzone te potrawy (a kucharz trzymał się surowców  i technologii z roku 1630).
Przyznaję, że co do zupy pewności stuprocentowej nie miałam. Na pewno była sporządzona na rosole. Ale czym złamano goryczkę migdałów? Więc tylko szepnęłam do siebie: może miodem? I ta intuicja okazała się słuszna.
Ciekawiej się podziało przy łososiu i kaszy, bo prowadzący szedł od człowieka do człowieka i zbierał opinie. No i urosłam w swoich własnych oczach, bo wiedziałam wszystko! Jako jedyna, zresztą. Otóż kaszę najpierw uwalano w jajkach i pozwolono jej wyschnąć. Gotowano ją do zawrzenia w mleku z dodatkiem miodu i rodzynkami. Akurat te ostatnie było widać okiem nieuzbrojonym. A następnie zawinięto w piernaty i tak pozostawiono do wydania. Łosoś natomiast został wstępnie uwalany w mące, usmażony, a następnie zalany lekką zalewą octową. Potem go tylko odgrzano.
Nienawidzę gotować, ale konsumentem jestem wdzięcznym. Powinnam zostać krytykiem kulinarnym, słowo daję, bo i z tą szynką doszłam – obgotowana, następnie uwędzona, potem jeszcze traktowana solanką. Osobiście przypuszczam, że nie gotowana, tylko wkładana do wrzątku kilkakrotnie i pozostawiana do ostygnięcia. Oprócz tego była masa innych dań, jak na przykład polędwiczki wieprzowe ze śliwkami z kluseczkami oraz coś obłędnego – rolada na zimno z kuropatwy.
Niestety – konferencja się skończyła, sobota nadeszła i coś trzeba było jeść. Na katering nie było co liczyć. W związku z powyższym zrobiłam kurczaka pieczonego w soli.
W celu kupienia kurczaka udałam się do mojej ulubionej budy mięsnej. Buda była, tylko w budzie ani jednego kurczaka. Normalnie ludzie wstydu nie mają i przyzwoitości żadnej – querva, każdy na niedzielę kurczaka piecze czy jak?! poszłam do Carrefour Ekspresa, a tam kurczaczki takie jak przepiórki – kilo dwadzieścia. Od razu wyjaśniam, żeby potem reklamacji nie było – takie maleństwo nie nadaje się do pieczenia, a już zwłaszcza w soli. A Carrefour Ekspres powinien być zburzony. Klnąc słowy plugawymi udałam się na Halę Mirowską, gdzie zakupiłam porządnego kurczaka, karmionego ekologicznie i o wadze 2 kilo deka 30.
W domu go umyłam, wysuszyłam, natarłam przyprawami, w brzucho wraziłam pokrojoną na cząstki szarą renetę, ćwiartkę cytryny, ząbek czosnku oraz trochę rozmarynu.
Rozgrzałam piekarnik. Ubiłam pianę z dwóch białek – chociaż z trzech byłoby bardziej komfortowo. Do białek wmieszałam półtora kilograma soli. Gdybym miała dwa kilogramy, to bym je zużyła. Niestety, musiałam zadowolić się tym, co było w domu. Tą solą z białkami oblepiłam kurczaka i biegiem wstawiłam do piekarnika.
Ugotowałam pilaw podstawowy z ryżu i zabrałam się za sos żurawinowy, wedle receptury Stardust. Przepis jest tu: .
Ponieważ sos nie był jeszcze wystarczająco gęsty i chłodny, żeby go podać, kurak został pożarty z pestkami wydłubanymi z granata.
Poza tym wreszcie pocięłam i upchałam do słoika koper, co go powiesiłam do wysuszenia jeszcze we wrześniu.
A ponieważ jak pod halą Mirowską zlitowalam się nad jakąś babiną, co miala owoce róży to kupiłam tę różę, a ona dziwka mokra była, bo deszcz padał, to musiałam tę różę przygotować do suszenia. Nie jestem amatorką napitku z owoców róży, ale Pekazety pasjami piją taką ciecz.
Na koniec zachciało mi się tego: .
Ogólnie dom mój chodziłby jak szwajcarski zegarek. Gdybym służbę miała. A nie mam. Cale szczęście, że dzisiaj obiad robił Dzie(g)ć.  Stare dziecko człowieka postarza, ale ma też i taką zaletę, że obiad zrobi.
Na koniec uwagi tyczące się przedmiotowego kurczaka w wyżej wspomnianej soli kuchennej. Tak upieczone mięso jest niezwykle soczyste i pozbawione tego paskudnego tłuszczu, jakże charakterystycznego dla produktów od kaefcego albo z rożna. Technologia jest w końcu mocno jaskiniowa – zamiast oblepiać ptaka gliną, oblepia się go solą. Jeżeli jednak ktoś za najlepszą część kurczaka uważa skórę, niech lepiej go nie piecze w soli. Skóra na ogół przywiera do skorupy solnej i idzie na zmarnowanie. Osobiście nie uważam tego za wielką stratę. W moim przekonaniu skóra z kurczaka była smaczna pięćdziesiąt lat temu. Obecnie nie zawiera nic oprócz cholesterolu i smakowo jest wielce wątpliwa.
Kości z kurczaka miały zostać zamrożone i przy najbliższej okazji dorzucone do rosołu. Plany te jednak nigdy nie zostaną zrealizowane. Bo kości zjadł Wasz idol Leon. Zaniósł je na moje łóżko i tam znad kości warczał.

Nie będę was oszukiwać. Ja nie eksperymentuję w kuchni. Jest jak było – gotuję kilka rzeczy na krzyż, kiedy sytuacja mnie zmusza. Przy czym wyjaśniam: jak robię pesto pół na pół z pietruszki i bazylii, nie na orzechach piniowych tylko na migdałach (a jak będę chciała i humor miała, to zrobię na niesolonych pistacjach), to nie uważam tego za szalony eksperyment.

Chociaż… bo ja wiem… W niedzielę zrobiłam na śniadanie owsiankę i ją zjadłam ze smakiem. Piszę o tym, bo może to kogoś zainspiruje. Owsianka jest bardzo zdrowa. Na przykład obniża błyskawicznie poziom cholesterolu. No niech mi ktoś powie, że kuchnia angielska jest niezdrowa. Taki Angol zje jajka na bekonie, ale zje też owsiankę i cholesterol mu szlag od razu trafi.

W kwestiach hodowli kotów eksperymentuję za to, że hej. Na przykład wykąpałam je i wyszłam z tej operacji bez szwanku. Technika była następująca. Kot półdługowłosy rudy na ręcznik. Zasypany delikatną zasypką dla dzieci. Zasypka wtarta z włosem i pod włos. Wyczesana szczotką. Kot wygląda jak miss piękności.

Kota krótkowłosego należałoby wykąpać w ciepłych otrębach. Ale nie miałam, bo zrobiłam porządki w szafce, ponieważ mi się znowu zalęgły te france mole zbożowe. Tymczasem kot krótkowłosy strasznie zazdrościł kotu półdługowłosemu, że został wykąpany. Zresztą, jak weterynarz badał kota rudego to kot krótkowłosy też zazdrościł i uspokoił się dopiero wtedy, kiedy wet na moją prośbę zajrzał mu do paszczy, poświecił w oczy i zęby latarką, obejrzał uszy i – co najważniejsze – osłuchał z poważną miną serce. No to i jego wykąpało się w zasypce..

W nagrodę zrobiłam nam rozgrzewającą zupę curry z soczewicą. Bez żadnych eksperymentów, czyli wszystko jak zwykle.

Łyżeczkę zielonej pasty curry podsmażyłam na oleju (w przepisie nie było powiedziane, jaka to ma być pasta – wywiązała się wielka dyskusja domowa, że niby jak w przepisie nie jest powiedziane jaka, to domyślnie chodzi o żółtą; ja byłam odmiennego zdania, a zresztą żółtej nie mam, więc szkoda strzępić języka).

Następnie dolałam kartonik mleka kokosowego (w przepisie było, zdaje mi się pół litra, ale ja miałam tylko kartonik 250 mililitrowy, a zresztą w domu się nie przelewa, więc bez przesady).

Dodałam pół litra bulionu drobiowego (w przepisie kazały dać litr – ale skąd ja wezmę litr, jak mam pół? Resztę uzupełniłam wodą i połową kostki rosołowej) oraz szklankę suchej czerwonej soczewicy. (i to było zgodne z przepisem, aczkolwiek stwierdzam, że spokojnie tej soczewicy można było dać półtorej szklanki).

Na małym gazie, gaziątku wręcz, gotowało to się około 10 minut.

W tym czasie kroiłam na mniejsze kawałki kukurydzę miniaturową (przepis stanowił o kukurydzy z puszki, ale ponieważ w żadnym z okolicznych sklepów takiej nie mieli, dałam kukurydzki ze słoika, w lekkiej zalewie octowej).

Dorzuciłam je do zupy z prawie całą paczka groszku mrożonego (w przepisie był groszek cukrowy – no ciekawe, skąd ja go wezmę, jak u nas nie bywa).

No i dwie osoby zjadły te zupę w jeden wieczór, chociaż w założeniu to była porcja na cztery osoby. Straszliwie ubolewając, że prosi się ona o kawałki drobno pokrojonych udek kurzęcych – bo pierś jednak sucha jest. Ten element białka przewidziano w oryginalnym przepisie, polecając dodać 10 deka pokrojonych pieczarek.

Jednym słowem – znowu się obeszło bez jakichś szalonych eksperymentów.
Aha. Carrefour Ekspress jest po tysiąckroć gorszy od Kartaginy i jako taki powinien być zburzony.


  • RSS