nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Na proszony obiad do Babki i Dziadka (bułeczka z kawiorem, nalewka, schab pieczony, kartofelki, kapustka, nalewka, nalewka, piwo, piwo) nie wypadało pójść tylko z gębą po kweście. Nawet nędza i bezrobocie to nie jest wystarczający powód.
No więc sporządziło się placek.
Trzy białka ubiło ze szklanką cukru. Potem trzy żółtka wciepnęło do tego. Półtorej szklanki mąki pszennej i pół szklanki mąki ziemniaczanej. Potem pół kostki stopionego masła. Się nie pamiętało, czy placek ten powinien zawierać także mleko, to się nie dało. Na wierzch poszły czarne porzeczki i maliny, bo czerwone jakaś franca już wykupiła, a w deszczu to ja czniam latanie za porzeczkami. Dziadkowi nie wypadało zapytać, czy cos upiekę, to poszedł i kupił wuzetki w Arbełcie. Trochę nas po nich muliło, mniejsza o objawy.
Wnioski są takie, że teraz to zawsze już będę piec na proszony obiad, ale chyba wolę upiec niż narażać Babkę i Dziadka na rozstrój żołądka. Amen.

Mówiła mi pani Cesia, że w stanie wojennym stała w kolejce po jakiś artykuł podstawowy z kobitką, która opowiadała o książce kucharskiej, z której namiętnie korzystała. Książka została wydana za okupacji, a przepisy były mniej więcej takie: zamiast jajka bierzemy…, zamiast gnata bierzemy, zamiast mąki używamy, zamiast cukru…, zamiast garnka… To była książka kucharska na cholernie trudne czasy. Niestety, pani Cesia nie wykazała się asertywnością i nie wzięła od kobiety namiarów. Co za szkoda!
Z powodu nędzy, bezrobocia i nowych butów zrobiło się coś w podób żurku. Jest to kulinarny utwór własny do słów szwagra.
Bierze się i obiera kartofle. Ja obrałam sztuk cztery, bo żurek jakoś ich wsysa w siebie dużo. Z zupełnie niezrozumiałych powodów lubię, żeby kartofelki były pokrojone w słupki jak frytki. Oczywiście w krótsze, żeby nie trzeba było zupy jeść łyżką wazową. Podgotowałam je w wywarze, co się został ze schabu od Babki i Dziadka. Potem wlałam wodę od kiszonych ogórków, co się zostały po Babce i Dziadku. Wkroiłam resztkę kiełbasy, co się została po Babce i Dziadku. Wkroiłam kiełbasę cielęcą, zakupioną specjalnie w tym celu. Końcówki rzuciłam kotom na podłogę, bo one lubią polować na takie końcówki. Pół cebuli pokroiłam w kostkę i wyrzuciłam do gara. Bez podsmażania, bo mi się nie chciało dla połówki cebuli odpalać patelni, a na myśl, że potem musiałabym ją myć, wątroba przewróciła mi się, jakby była głupią. Ugotowałam jajko, co się zostało sprzed wyjazdu, chociaż istniało pewne ryzyko, że ono jak chińskie, stuletnie jest. Trudno; dla głupiego jajka nie warto się ubierać i wychodzić z domu. Prawdę mówiąc, ugotowałam dwa, w przewidywaniu, że na kolację też coś trzeba jeść. Dodałam śmietanę. Sporo, bo ja śmietanę lubię jak diabli. Żadnej mąki, bo mąka w zupie to dla mnie barbarzyństwo kulinarne.
Zupa galanta, a zmywanie zrobimy maniana. Na deser czereśnie, chałwa, kulki rumowe. No, teraz można się ubrać i skoczyć po piwo. A na podwieczorek do kawy może by tak ciasteczko jakieś obdziobać?

Upadek cywilizacji zaczyna się od kuchni. Rzymianie, kiedy ich kultura chyliła się ku upadkowi, żarli i rzygali na przemian. Bulimia była normą kulturową, jak mniemam, bo przecież nawet mieli vomitaria, czyli specjalne pomieszczenia do zdrucania.
Upadek naszej cywilizacji zaczyna się właśnie teraz; mam na myśli szaleństwo idiotycznych diet. Co do upadku jednostki to nie mam jasności, ale myślę, że jednak dróg do niego jest więcej.
Mój osobisty dzisiejszy upadek był taki, że nie miałam ochoty jeść gołego schabu, co się jeszcze został od Babki i Dziadka. No to tak. Rzuciłam jednym i drugim ojejusiem. Pokroiłam pomidory, kiszone ogórki, cebulę, rzodkiewki. Zblanszowałam kalafior. Pokroiłam Francuza. Wszystko wymieszałam. Posoliłam ździebełko vegetą, skleiłam odrobiną majonezu i musztardy francuskiej.
Zmywanie mnie upokorzyło okropnie. Wyszłam z domu i na pociechę kupiłam sobie nowe, zarąbiste buty i tort bezowo kawowy. Buty założyłam i w nich paraduję po domu. Moja przyjaciółka M. będzie miała ból przepony od śmiechu, bo one dla mnie mają niebotyczny obcas, a dla niej taki obcas to jest zwykłe nic. Zmierzyłam przymiarem liniowym: całe 2 i pół centymetra.
A na kolację będzie bób. Najpierw go zblanszuję. Potem przez całe Wolne Księstwo Muranów przetoczy się moja skarga na urządzenie tego świata. Bób obiorę z łupy. Trzy wielkie zęby czosnku posiekam drobno (bo z wyciskacza nie jest taki smaczny, a poza tym rzucony na patelnię przypala się, a mnie nie ma prawa się przypalić, bo by mi zmarnował cała robotę i dzień do reszty). Do siekania dodam trochę vegety, żeby lepiej puścił sok i uwolnił swoje cudowne aromaty. Bób wrzucę na patelnię z rozgrzaną oliwą, dodam czosneczek, pomieszam i gorące zjem. Całość popchnę tortem bezowym.
Z tego całego nawet myślenia o garach rozbolały mnie nogi. No bo przecież nie od butków, nie?!

Dzień był dzisiaj poniekąd bezobiadowy i widział Bóg, że to było dobre. W podróży z wakacji tylko wariat by gotował, no nie? Przed podróżą Młodzież zjadła kanapki, trzy kawałki ciasta i żłopnęła mleka. Człowiek dorosły zjadł kanapkę i napił się kawy. W drodze było jedzone: Kanapka sztuk jeden (reszta została w garażu, może szczury nie zeżrą? Mniejsza o kanapki, ale szkoda torby termoizolacyjnej) Hod dog z rzekomo kabanosem (sic!) Woda mineralna Soki sto procent soku z zawartością 20 procent soku Frytki Surówka z czerwonej kapusty Kawa (coś ze cztery razy). Młodzież w domu zjadła pieczywo chrupkie bez cukru (taka tektura falista, powinni dawać za jakąś pokutę). Człowiek dorosły zjadła schabik z wody z kartofelkiem i kiszonym ogórkiem, zostawiony szlachetnie w garnku przez Babkę z Dziadkiem, którzy doglądali kotów i ogólnie gospodarstwa w tym głównie skrzynki na pogróżki. Po drodze mijano niezliczone przybytki ozdobione napisem: swieżonka 2 zł. To przypomina takiego jednego kierowcę Maniusia. Ekipa filmowców szła kręcić, a Maniuś brylował:
- Ogień i dym! Ogień i dym! A my – w okopach. Tu zawieszał teatralnie głos. Nabierał pięć litrów powietrza w płuca i kończył:
- Ogień i dym…. KUCHNIA POLOWA!

Nienawidzę gotować. Kuchnia to miejsce mojej kaźni. A jeść trzeba, niestety.


  • RSS