nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: zupy

Nie będę was oszukiwać. Ja nie eksperymentuję w kuchni. Jest jak było – gotuję kilka rzeczy na krzyż, kiedy sytuacja mnie zmusza. Przy czym wyjaśniam: jak robię pesto pół na pół z pietruszki i bazylii, nie na orzechach piniowych tylko na migdałach (a jak będę chciała i humor miała, to zrobię na niesolonych pistacjach), to nie uważam tego za szalony eksperyment.

Chociaż… bo ja wiem… W niedzielę zrobiłam na śniadanie owsiankę i ją zjadłam ze smakiem. Piszę o tym, bo może to kogoś zainspiruje. Owsianka jest bardzo zdrowa. Na przykład obniża błyskawicznie poziom cholesterolu. No niech mi ktoś powie, że kuchnia angielska jest niezdrowa. Taki Angol zje jajka na bekonie, ale zje też owsiankę i cholesterol mu szlag od razu trafi.

W kwestiach hodowli kotów eksperymentuję za to, że hej. Na przykład wykąpałam je i wyszłam z tej operacji bez szwanku. Technika była następująca. Kot półdługowłosy rudy na ręcznik. Zasypany delikatną zasypką dla dzieci. Zasypka wtarta z włosem i pod włos. Wyczesana szczotką. Kot wygląda jak miss piękności.

Kota krótkowłosego należałoby wykąpać w ciepłych otrębach. Ale nie miałam, bo zrobiłam porządki w szafce, ponieważ mi się znowu zalęgły te france mole zbożowe. Tymczasem kot krótkowłosy strasznie zazdrościł kotu półdługowłosemu, że został wykąpany. Zresztą, jak weterynarz badał kota rudego to kot krótkowłosy też zazdrościł i uspokoił się dopiero wtedy, kiedy wet na moją prośbę zajrzał mu do paszczy, poświecił w oczy i zęby latarką, obejrzał uszy i – co najważniejsze – osłuchał z poważną miną serce. No to i jego wykąpało się w zasypce..

W nagrodę zrobiłam nam rozgrzewającą zupę curry z soczewicą. Bez żadnych eksperymentów, czyli wszystko jak zwykle.

Łyżeczkę zielonej pasty curry podsmażyłam na oleju (w przepisie nie było powiedziane, jaka to ma być pasta – wywiązała się wielka dyskusja domowa, że niby jak w przepisie nie jest powiedziane jaka, to domyślnie chodzi o żółtą; ja byłam odmiennego zdania, a zresztą żółtej nie mam, więc szkoda strzępić języka).

Następnie dolałam kartonik mleka kokosowego (w przepisie było, zdaje mi się pół litra, ale ja miałam tylko kartonik 250 mililitrowy, a zresztą w domu się nie przelewa, więc bez przesady).

Dodałam pół litra bulionu drobiowego (w przepisie kazały dać litr – ale skąd ja wezmę litr, jak mam pół? Resztę uzupełniłam wodą i połową kostki rosołowej) oraz szklankę suchej czerwonej soczewicy. (i to było zgodne z przepisem, aczkolwiek stwierdzam, że spokojnie tej soczewicy można było dać półtorej szklanki).

Na małym gazie, gaziątku wręcz, gotowało to się około 10 minut.

W tym czasie kroiłam na mniejsze kawałki kukurydzę miniaturową (przepis stanowił o kukurydzy z puszki, ale ponieważ w żadnym z okolicznych sklepów takiej nie mieli, dałam kukurydzki ze słoika, w lekkiej zalewie octowej).

Dorzuciłam je do zupy z prawie całą paczka groszku mrożonego (w przepisie był groszek cukrowy – no ciekawe, skąd ja go wezmę, jak u nas nie bywa).

No i dwie osoby zjadły te zupę w jeden wieczór, chociaż w założeniu to była porcja na cztery osoby. Straszliwie ubolewając, że prosi się ona o kawałki drobno pokrojonych udek kurzęcych – bo pierś jednak sucha jest. Ten element białka przewidziano w oryginalnym przepisie, polecając dodać 10 deka pokrojonych pieczarek.

Jednym słowem – znowu się obeszło bez jakichś szalonych eksperymentów.
Aha. Carrefour Ekspress jest po tysiąckroć gorszy od Kartaginy i jako taki powinien być zburzony.

Moja kotka Nikita swego czasu gwizdnęła z kosza na śmieci torebkę po herbacie. Zawlokła ją na moje łóżko, na jasne prześcieradło i warowała przy niej z miną „zawsze chciałam takie coś mieć”.
Ja też zawsze chciałam mieć solankę. Czyli zupę rosyjską, w której spotyka się rosyjski rozmach ze śródziemnomorskim smakiem (to jest moje zdanie i go nie zmienię). Wyczytałam, że ta zupa gotowana była na składkowych wiejskich zabawach – każdy przynosił, co tam miał i to wrzucano do wspólnego kotła. Ja bym to włożyła między bajki, no bo co, jeśli jedna połowa biesiadników przyniosła li tylko kiszone ogórcy, a druga przecier pomidorowy. To skąd wzięli całą resztę?!
Właśnie ta cała reszta stanowiła mi zwykle przeszkodę. Soljanka jest fantastyczną zupą albo kiedy ma się spory fundusz, albo jakieś niedobitki na dnie słoika – a to oliwek czarnych, a to zielonych, już to kaparów. Bardzo możliwe zresztą, że to była tylko wymówka i mi się po prostu gotować nie chciało. PŁACHOMU TANCJORU JAJCA MIESZAJUT – mówi przysłowie jak już przy tym folklorze jesteśmy. Mnie na przykład jaja mieszają (jest to moje zdanie i go nie zmienię).
A Dzie(g)ć złożył zamówienie na naleśniki. Że tak strasznie za nim chodzą. Że mogą być nawet w wersji niesłychanie skromnej, to jest pokrojone w paski i podane w rosole jako makaron ostatnia deska ratunku.
No to ugotowałam rosół i usmażyłam naleśniki. Ale wiedziałam, że o ile soljankę zawsze chciałam mieć, tak rosołu nie chcę. Bo niedawno jadłam. I mi się znudził.
Część rosołu odlałam do mniejszego garnka. Pewną część mięsa (pręga i kurza noga) pokroiłam bardzo drobno i wrzuciłam do gara. Dorzuciłam tam jeszcze: dwie łyżki czarnych oliwek, tyle samo zielonych i tyle samo kaparów. Wszystkie produkty w firmy Ole – bo dobre, tanie i krojone w plasterki. Do tego dodałam kilka cienko pokrojonych grzybków marynowanych. Dwa kiszone ogórki obrałam z łupy i pokroiłam w ćwiartki. Pestki wyrzuciłam precz. Ogórki pokroiłam na cieniutkie plasterki i przesmażyłam na maśle po czym wrzuciłam do gara dolewając także ocalony sok od ogórków. Tak samo postąpiłam z przecierem pomidorowym. Z tym, że z przecieru nie wydłubywałam pestek ani go nie kroiłam. Tylko przesmażyłam. Po dziesięciu minutach miałam zupę.
Ja zjadłam ze śmietaną, Dzie(g)ć czystą. Fenomenalna by była z chlebem, ale dzisiaj jest niedziela, a chleb mamy z piątku, więc poleciało z tymi pokrojonymi naleśnikami.
No i potwierdza się stara prawda, że nagrodą za dobrą pracę jest więcej pracy. Teraz robię drugą soljankę, na tym rosole, co to się został, bo nikt go nie kochał. Niedobrze jest coś robić dobrze (to jest moje zdanie i go nie zmienię).

Dwa dni temu przeczytałam przy pracowym śniadaniu (białe, niezdrowe bułki posypane dragami, makiem znaczy, z masłem i kindziukiem) we „Wyborczej”, jak to warszawski Ratusz bierze pod lupę jadłospisy ze szkolnych stołówek.
Kampania będzie „Wiem, co jem” i w ramach tej kampanii  specjaliści z SGGW opracują 30 jadłospisów – na każdy dzień miesiąca.. Mają to być potrawy zdrowe, apetyczne i niedrogie. Lista dla przedszkolaków jest już gotowa. Teraz Ratusz zajmie się szkołami podstawowymi i być może gimnazjami.
Ha. Ha, ha – zaśmiałam się z ironią.
Od września mamy problem z wyżywieniem Dziegcia w szkole. Beznadziejna sprawa, nie do przewalczenia, można powiedzieć.
Dobre, prywatne liceum, które miesięcznie kosztuje kupę kasy. Na terenie jest też szkoła podstawowa, gimnazjum i prywatna wyższa uczelnia. Dwa bufety. W bufecie są kanapki, zapiekanki, hot-dogi i sałatki.. Czy to jest normalny obiad? Moim zdaniem – nie.  Dzieć miewa dni, w których KOŃCZY lekcje o 17. Do domu jedzie godzinę.  Ile można żyć sałatkami albo zapiekankami przy takim trybie życia i takim wysiłku umysłowym? W szkole jest też catering. Nie sprawdza się ze względu na jakość jedzenia. Poza tym najdłuższa przerwa jest za krótka, żeby zjeść obiad i porządnie umyć zęby (Dzie(g)ć ma stały aparat). Dodasć jeszcze należy, że obiad na jutro należy zamawiać DZISIAJ. Jak się jutro rozchorujesz, to przepadło, zwrotu kasy nie będzie.
Nawet jeśli moją nienawiść do gotowania schowam do kredensu i zapchnę ją prodiżem, po powrocie z pracy nie mam ochoty na gotowanie obiadu.  Przeważnie czeka na mnie zmywanie ze śniadania – rano nie zdążam tego zrobić. Chodzenie na ósmą do pracy to jest dla mojego wytwornego organizmu wysiłek niewyobrażalny. Zresztą, niezależnie od tego, co myślę na temat gotowania, obiad powinno się jeść w porze obiadu, a nie wieczorem. Bo wieczorem to jest już czas najwyższy na kolację.
A teraz zupa bagienna. Nazwę swoją zawdzięcza zapewne konsystencji i temu, że wygląda jak staw porośnięty rzęsą.
Półtorej paczki mrożonego groszku gotuje się na wodzie. Chyba, że ma się rosół albo wywar z warzyw.  Tego wywaru nie powinno być za dużo. Niektórzy dodają do gotowania białe części dymki. Jak dymki się ugotują, to je wywalają do kosza. Następnie zupę zasila się brykietem pokrojonej byle jak mozarelli. Miksuje się „żyrafą” albo w blenderze. Nalewa i zjada na przykład z groszkiem ptysiowym.
Jest to dobre, ale nikomu nie będę wmawiać, że robi za pełnowartościowy obiad.

Tak sobie zacytowałam Gombrowicza. Żeby nie było, że Gombrowicza nie znam.
No i tak o. Wsiadamy wczoraj z Dzieciem do metra. Późnym popołudniem, więc nie taki znowu tłok. Siadamy. Ja koło takiego faceta, rozkraczonego. Kocham takich facetów – zwłaszcza, kiedy los mnie rzuca na sąsiednie miejsce.
– Przepraszam – rzekłam grzecznie. – Czy mógłby pan się posunąć z MOJEGO siedzenia?
Facet spojrzał na mnie z nienawiścią i przesunął swoją nogę może pięć centymetrów.
No nic. Jedziemy. A mnie szlag jasny trafia. Zawsze się mi querva trafia na sąsiednim miejscu a to babcia last minute, a to jakaś postać z gigantyczną nadwagą, a to taki młodzian, który najwyraźniej jest w połogu i musi w miejscu publicznym wietrzyć krocze. A ja się mam zmieścić na połowie przysługującego mi miejsca. Co ja, za bilet nie zapłaciłam, czy jak?!
Dojechaliśmy szczęśliwie do kolejnej stacji i trochę ludzi wysiadło. Tym to sposobem zwolniły się dwa miejsca obok siebie po przeciwnej stronie wagonu.
– Chodź – powiadam do Dziecia – przesiądziemy się, bo ten oto tutaj pan tak się rozsiadł, że już na Cota miejsca nie ma.
Przesiadamy się. A ten młodzian, zamiast cicho siedzieć, powiada:
– A może to pani jest za gruba?
– Ha, ha! – zaśmiałam się, a przyszło mi to bez trudu. Bo akurat za gruba na pewno nie jestem. I zaczęłam się zastanawiać, jak tu facetowi przyłożyć, a on dalej pyszczy:
– Pani ma jakieś problemy emocjonalne!
– A pan chyba cierpi na jakąś tajemniczą chorobę krocza, że musi się pan tak rozkraczać na cały wagon? – powiedziałam z troską o bliźniego.
To znaczy, chciałam tak powiedzieć, z troską znaczy, ale chyba wyszło jakoś inaczej. Bo akurat dojechaliśmy do następnej stacji i człowiek wyprysnął z wagonu jak gumka z majtek. Dzieć mówi, że cały w pąsach.

Przyjemnie być znowu człowiekiem asertywnym. Żeby to uczcić, sporządziło się zupę. A nawet dwie!

Zupa 1.
Pół kilograma korzeni pietruszki gotowałam w pół litra rosołu (z kostki). Kiedy pietruszce zmiękła rura, zmiksowałam ją. Dodałam: białego pieprzu, kwaśnej śmietany oraz mięso z jednej puszki kraba. Posypałam natką pietruszki, bo ta zupa ma jasny, niezbyt atrakcyjny kolor. Podano w zielonych miseczkach.
No, mniodzio.

–Ale co tam– myślę sobie. – Jak już nieubłagany los rzucił mnie do kuchni, to zrobię drugą zupę.

Zupa 2.
Na oliwie i odrobinie masła usmażyło się dwie cebule pokrojone w kostkę oraz trzy gigantyczne zęby czosnku, pokrojone byle jak. Następnie dorzuciło się do tego: trzy marchewki pokrojone w bardzo cienkie plasterki, żółtą cukinię – pokrojoną w cienkie półplasterki i cukinię zieloną, pokrojoną w drobną kosteczkę. Kiedy warzywa się podsmażyły, pizgłam je do gara. Zalałam rosołem (z kostki), dodałam chilli w strąku połamanym (gdybym miała chilli nie ususzone, to bym je podsmażyła na patelni z pozostałymi warzywami), gar przykryłam pokrywką i po kwadransie miałam zupę. A może i szybciej, nie wiem., Rozbiega się o to, żeby cukinii nie rozgotować.
I to była dobra zupa, bowiem kucharz nie jest dupa.


  • RSS