nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: przekąski

Czy ja wspominałam, że jestem jak ten chłopina z „Konopielki”, co to płot łatał słomą? I szedł pan Bóg i pyta… A co ty chłopie, wyprawiasz? Dlaczego nie latasz płota ozą, jak się należy? A chłop na to, że mu się nie opłaca, bo i tak jutro umrze. No to zgniewał się pan Bóg i tak zrobił, że ludzie „nie wiedzo, kiedy umrzo”.

Więc łatam płot słomą. Niejeden. Między innymi nie robię przetworów. Żyję w tu i teraz, jakby to był mój ostatni dzień życia, to takie modne teraz,  a skoro tu i teraz, to na co i przetwory, które są na jutro. Potem spadkobiercy wystawią te słoiki do śmietnika i tyle z tego będę miala.
Niestety, przy temperaturze -22 zaczynam żałować, że nie zrobiłam marmelady jabłkowo-cytrynowej oraz ogórkow w musztradzie. A robiłam je za każdym razem inaczej, z pewną, rzeklabym, dezynwolturą i teraz mam klopot z odtworzeniem przepisu (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest stosowna pora na robienie ogórkow, moja świadomość kulinarna i sezonowa jest zdecydowanie wyższa niż redaktorów niemieckich czasopism, ale o przepis mnie prosiła Just, a ja jestem uczynna). No to nurkujmy w studnię pamięci.
2-3 kilogramy ogórków gruntowych należy umyć i ciasno upchnąć do słoików. Po róznych próbach (cale, plasterkowane, pokrojone, najbardziej mi odpowiada opcja przekrojonych na ćwiartki wzdłuż). Dorzucamy: kilka zieren ziela angielskiego, pieprzu, pół łyżeczki gorczycy (na duży słoik po majonezie), liść laurowy, ząbek czosnku, ciut kopru, a jak się zdarzy, to i liście wiśni. Ja dodawałam też szczątek strączka papryczki chili.
Litr wody zagotowujemy z nniepełną szklanką cukru i szklanką octu. Mnie najbardzie odpowiada ocet jabłkowy, ale jak ktoś lubi spirytusowy, to nie ma oprzszkód. Kiedy ta ciecz trochę przestygnie, dodajemy do niej 7-8 łyżek musztardy, dwie łyżki chrzanu (może być z wasabi) i zalewamy ią ogórki. Słoiki zakręcamy i pasteryzujemy przez 5 minut.
Po czym mamy zajebiste ogórki.
Mnie został tylko jeden duży słoik. Wczoraj dla ciekawości i wygody (że może jednak obejdzie się bez tego robienia w przyszłości) kupiłam gotowe „ogórki po kozacku”. Są niezłe, ale się nie umywają. Dobra wiadomość jest taka, że mi zostanie po nich słoik.
Zła jest taka, że blog.pl zmienił sposób logowania się do bloga, a to nie wróży dobrze temu konkretnemu blogu. Bo, nie bójmy się tego słowa, jesteśmy wszak ludźmi dorosłymi – wkurwia mnie to.

I oto stało się coś, czego się strasznie wstydzę. Dwa dni pod rząd zrobiłam ciepłą kolację. Z jednej strony – nie powinnam o tym pisac, bo to mi psuje czarny pijar. Z drugiej – muszę podzielic z kimś tą niedolą. Złamałam zasady, zgrzeszyłam, postąpiłam niegodnie. Ponieważ każde zachowanie przynosi jakąś korzyść, zastanawiam sie, jaką korzyśc miałam z tego, że zrobiłam kolację. No dobra, miałam kolację. Ale bardzo krótko.
Kolacja składała się z dwóch elementów: grzanek i sałatki.
Sałatkę stanowił ugotowany, oskórowany bób wymieszany z kaparami. Zalany sosem z kwasnej śmietany i majonezu (w proporcji 3:1), czosnku, pieprzu cyttrynowego, odrobiny soli i soku z cytryny.
Grzanki powstały na bazie ciemnej ciabaty osmarowanej gorgondzolą i posypane grubo posiekanymi orzechami włoskimi.
Dzisiaj po południu wyruszam na poszukiwane grupy wsparcia, bo całkiem się chyba zepsułam.

Wiele jest na tym świecie potraw przereklamowanych. Zalicza się do nich (na tym blogu) krupnik, suszy (chociaż jak ten kleisty ryż wydłubać, to jest całkiem-całkiem), pizza (zwłaszcza z pieczarkami), kutia, soki owocowe, herbatki owocowe, salatki owocowe, lody waniliowe (chyba że w kawie), czekolada, tofu i klawiatura mnie rozbolala.
Jedną z takich przereklamowanych potraw jest humus, czyli groch roztarty z dodatkami. Za komuny krążyły przepisy na tort migdałowy z nadzieniem z fasoli, podlewany aromatem migdałowym. O czymś takim to w ogóle nie ma mowy. Humus natomiast jest całkiem do rzeczy, ale żebym się tym miala zajadać, to nie powiem. Robi się go zwyczajnie: rozciera cieciorkę z czosnkiem, solą, papryczką chili, sokiem z cytryny i pastą sezamową. Ponieważ jednak Dziegć jest uczulony na sezam, zamiast tej to pasty tahini dałam masło orzechowe.
W sumie do humusu to ja nic nie mam. Życie mi się nie podoba, ot co. Aha. Żeby za gęsty nie był, można dodać trochę wody od tej cieciorki albo ciut jogurtu.

Tak, tak. Dawno nie było nowej notki. Ja naprawdę nienawidzę gotować. Pisać ostatnio też nie bardzo. Na wakacjach schudłam ze trzy kilo mimo dostarczania organizmowi jednego do dwóch ptysiów dziennie z cukierni „Ptyś” w Sztutowie. A wróciłam do domu, jem mniej i waga w gorę jebut! poszła.

Żeby jakoś dotrwać do obiadu jedzonego w domu, jednak na ruszt coś wrzucić trzeba. Ja ostatnio wynalazłam następujący zestaw:

Styropian (pieczywo z ciemnego ryżu – ja biorę okrągłe Sonko, absolutnie jałowe, bez soli), na to warstwa „Bielucha”, na to świeże jeżyny.

Zrobiłam też konfiturę w dwóch wersjach z płatków róż. Aż się wstydzę, że się takimi bzdurami zajmowałam. O konfiturze zatem innym razem, bo najpierw musiałabym napisać wprowadzenie o ciotce Polce, która wcale nie była moją ciotką, a to za pracochłonne jak na taki upał.

Adje się z Państwem.

Poniewaź nie mogłam dostać normalnych portek, kupiłam sobie wagę full wypas. Waga ta nie tylko waźy, ale takźe pokazuje procent tkanki tłuszczowej, mięśniowej oraz wody w organizmie. Jednym słowekm, jest to waga, która mówi do człowieka:
Wypad z baru, gruby jesteś, brzydki, dali mi jazda!
Producent był łaskaw napisać, źeby nie waźyć się zaraz po obudzeniu, tylko poczekać, aź ?ustabilizują się płyny w organizmie?.
Jak rozumiem, miał na myśli zarówno płyny przychodzące jak i wychodzące.
Akurat właźenie na wagę zaraz po obudzeniu zupełnie mi nie grozi, poniewaź ten kwadrans to jest dla mnie zdecydowanie zbyt mało, źeby opuścić łóźko.
Zwaźyłam się z kotem, bez kota, z drugim kotem I mi wyszło, źe zdecydowanie najmniej waźę sama. A z Leonem jestem dziewięć kilo cięźsza. Wprawdzie mam teź wtedy fantastyczną masę mięśniową, ale co z tego. A z Nikitą znowu jestem cięźsza o cztery kilo. Teź niczeg sobie, jak na taką subtelną, rudą kotę.
Tak czy owak mi wyszło, źe dobrze kombinuję i odchudzić się trzeba. Ale jak?! Diety uwaźam za szkodliwe. Jedyną sensowną dietą jest indeks glikemiczny. Moźe Dzieć Państwu o tym napisze, bo się na tym zna. Alternatywą dla głupiej diety mogła być głodówka, bo przynajmniej oczyszcza organizm z minimalną szkodą dla funkcjonowania nerek. A i poświęcenie niewielkie przy takich upałach.
W trakcie głodówki jadłam róźne fajne rzeczy, na przykład taką przekąskę:
Ananas (moźe być z puszki, ale świeży lepszy, bo nie jest tak paskudnie słodki) się kroi w plastry. Plastry kładzie się na folii aluminiowej. Na ananasie kladzie się ser pleśniowy typu rokpol. Kaźdy plaster zawija się w odrębną paczkę i przez chwilę zapieka w piekarniku lub na grilu.
Przekąska ta idealnie teź sprawdza się jako zakąska.


  • RSS