nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: przegryzki

I oto stało się coś, czego się strasznie wstydzę. Dwa dni pod rząd zrobiłam ciepłą kolację. Z jednej strony – nie powinnam o tym pisac, bo to mi psuje czarny pijar. Z drugiej – muszę podzielic z kimś tą niedolą. Złamałam zasady, zgrzeszyłam, postąpiłam niegodnie. Ponieważ każde zachowanie przynosi jakąś korzyść, zastanawiam sie, jaką korzyśc miałam z tego, że zrobiłam kolację. No dobra, miałam kolację. Ale bardzo krótko.
Kolacja składała się z dwóch elementów: grzanek i sałatki.
Sałatkę stanowił ugotowany, oskórowany bób wymieszany z kaparami. Zalany sosem z kwasnej śmietany i majonezu (w proporcji 3:1), czosnku, pieprzu cyttrynowego, odrobiny soli i soku z cytryny.
Grzanki powstały na bazie ciemnej ciabaty osmarowanej gorgondzolą i posypane grubo posiekanymi orzechami włoskimi.
Dzisiaj po południu wyruszam na poszukiwane grupy wsparcia, bo całkiem się chyba zepsułam.

Wiele jest na tym świecie potraw przereklamowanych. Zalicza się do nich (na tym blogu) krupnik, suszy (chociaż jak ten kleisty ryż wydłubać, to jest całkiem-całkiem), pizza (zwłaszcza z pieczarkami), kutia, soki owocowe, herbatki owocowe, salatki owocowe, lody waniliowe (chyba że w kawie), czekolada, tofu i klawiatura mnie rozbolala.
Jedną z takich przereklamowanych potraw jest humus, czyli groch roztarty z dodatkami. Za komuny krążyły przepisy na tort migdałowy z nadzieniem z fasoli, podlewany aromatem migdałowym. O czymś takim to w ogóle nie ma mowy. Humus natomiast jest całkiem do rzeczy, ale żebym się tym miala zajadać, to nie powiem. Robi się go zwyczajnie: rozciera cieciorkę z czosnkiem, solą, papryczką chili, sokiem z cytryny i pastą sezamową. Ponieważ jednak Dziegć jest uczulony na sezam, zamiast tej to pasty tahini dałam masło orzechowe.
W sumie do humusu to ja nic nie mam. Życie mi się nie podoba, ot co. Aha. Żeby za gęsty nie był, można dodać trochę wody od tej cieciorki albo ciut jogurtu.

Upał i pieczenie niezbyt  harmonijnie ze sobą współpracują. Ale co robić moja pani, kiedy inaczej nie  można. Kiedy potrzebne są ciastka motywujące, trzeba zacisnąć zęby, odpalić  piekarnik na 220 stopni i pieścić świadomość, że to się, per saldo, opłaci.

Żeby nie przedłużać męki: trzy  jajka i 1/3 szklanki oleju mieszamy (najlepiej w blenderze). Dorzucamy pół  kilograma drobno pokrojonej wątroby. Miksujemy. Dodajemy dwie szklanki mąki(mniej więcej, zależy od stopnia suchości mąki i jej gatunku). Mieszamy.Wylewamy na blachę i pieczemy przez ok. pół godziny. Po tym czasie ciasto  wyjmujemy z pieca i kroimy na kawałki 1 x 1 cm. Jeżeli ciastka są jeszcze zbyt  wilgotne – dosuszamy w stygnącym piekarniku.

Te ciastka stosujemy jako  motywatory dla PSA.

W cichej, małej oberży w maleńkim kraiku siedziała babcia Weatherwax i z wyraźną podejrzliwością przyglądała się zawartości swojego talerza. Właściciel krzątał się przy kuchni z obłąkanym wyrazem twarzy człowieka, który wie – zanim jeszcze zaczął – że nie ma najmniejszych szans.

– Dobra, prosta, domowa kuchnia – powiedziała babcia. – O nic więcej nie proszę. Znacie mnie przecież. Nie mam wielkich wymagań. Nie sam tłuszcz i różne takie. Bo potem człowiek skarży się na coś, co leży na liściu sałaty, a okazuje się, że to właśnie zamówił.

Niania Ogg wsunęła za gors sukni róg serwetki i milczała.

– Jak na przykład wczoraj – ciągnęła babcia. – Można pomyśleć, że kanapki są niegroźne, prawda? No wiecie… Kanapki? Najprostsze jedzenie na świecie. Nawet cudzoziemcy nie mogą pokręcić niczego z kanapkami. Ha!

– Nie nazywali ich kanapkami, babciu – przypomniała Magrat, wpatrzona w patelnię oberżysty. – Nazywali je… Wydaje mi się, że dymioną płytą.

Całkiem niezłe – odezwała się niania. – Bardzo lubię marynowane śledzie.

– Ale musieli nas uznać za idiotki, które nie zauważą, że nie dali górnej kromki chleba – oświadczyła tryumfalnie babcia. – No, powiedziałam im parę słów do słuchu. Dwa razy się teraz zastanowią, zanim spróbują okraść ludzi z kromki chleba, która im się prawnie należy!

– Na pewno się zastanowią – przyznała ponuro Magrat.

(Terry Prattchet – „Wyprawa czarownic”)

Z Dalekich Stron przywoziłam różne patenty. Przypominam sobie wśród nich: zimny sos do jajek z Bratysławy, placek z owocami z Żywca, pierogi Kotkowa z knajpy na Litewskiej, naleśniki brokułowe z bufetu, który był niedaleko korpo, piure ziemniaczane z kukurydzą, surówkę z kalafiora ze Sztutowa.

W tym roku hitem stały się właśnie kanapki. Oszukane w znaczeniu babci Weatherwax, bo pozbawione górnej kromki. Kanapki te nam podawał w Mieście Szeherezadowy, zwany Werfolfem. Po prostu lekko podpiekał pieczywo w tosterze, a dalej już było normalnie.

Nigdy nie miałam tostera. Takiego, co to do niego się wkłada kromki chleba jak do odtwarzacza CD, i one po opieczeniu wyskakują myk!

Więc zakupiłam toster i od miesiąca nic, tylko OPIEKAMY.

A ponieważ wen w dalszym ciągu się nie zjawia, stac mnie tylko na zadanie pytania: przywoziliście kiedyś z Dalekich Stron jakieś potrawy albo patenty, które na stałe włączyliście do repertuaru?

Tak, tak. Dawno nie było nowej notki. Ja naprawdę nienawidzę gotować. Pisać ostatnio też nie bardzo. Na wakacjach schudłam ze trzy kilo mimo dostarczania organizmowi jednego do dwóch ptysiów dziennie z cukierni „Ptyś” w Sztutowie. A wróciłam do domu, jem mniej i waga w gorę jebut! poszła.

Żeby jakoś dotrwać do obiadu jedzonego w domu, jednak na ruszt coś wrzucić trzeba. Ja ostatnio wynalazłam następujący zestaw:

Styropian (pieczywo z ciemnego ryżu – ja biorę okrągłe Sonko, absolutnie jałowe, bez soli), na to warstwa „Bielucha”, na to świeże jeżyny.

Zrobiłam też konfiturę w dwóch wersjach z płatków róż. Aż się wstydzę, że się takimi bzdurami zajmowałam. O konfiturze zatem innym razem, bo najpierw musiałabym napisać wprowadzenie o ciotce Polce, która wcale nie była moją ciotką, a to za pracochłonne jak na taki upał.

Adje się z Państwem.

Na pewno już wspominałam, że jestem kretynem topograficznym. Objawia się to tak, że nie pamiętam drogi. Tylko samochodem wprawdzie, piechotą trafiam wszędzie. Niestety – nie wszędzie da się dojść per pedes na czas. Poza tym nie mam pamięci do twarzy, których to twarzy następnie nie kojarzę z nazwiskami. Nie mam pamięci także do fabuł. Prawdę mówiąc – fabuły mnie nie interesują i nie mają dla mnie większego znaczenia. Z tego powodu prawie nie czytam beletrystyki, bo nawet w trakcie nie jestem w stanie zbornie opowiedzieć kto z kim, po jaką cholerę, dla jakich korzyści.
A notki nowej od jakiegoś czasu nie ma, bo książkę czytałam. Nie beletrystyczną, niech Bóg zabroni, normalną. Marka Konarzewskiego „Na początku był głód”. To się czyta jak kryminał. Łyknęłam, trawiłam, potem pomyślałam, że wstawię notkę. Cały problem w tym, że kiedy czytałam, nie robiłam stosownych notatek. I zanim te notatki zrobię to pewnie jesień już będzie.
Więc mogę krótko: świetna książka. A teza jej jest taka. Człowiek jest ofiarą swojego sukcesu ewolucyjnego. Osobliwym przykładem na to są ci ludzie (to jest większość), którzy tyją. Człowiek ma po prostu paleolityczny genotyp, przystosowany do okresów głodu i obżarstwa, a nie do przetworzonych produktów z hipermarketów. Właśnie z powodu tego przystosowanie sprzed milionów lat diety nie skutkują, a na dłuższych przebiegach i dalszej niż tygodniowa perspektywie sieją w organizmie, jak to jest z dietą Atkinsa, który to Atkins – co należy podkreślić nie bez satysfakcji – zmarł na serce, a nie powinien, skoro tak zdrowo się odżywiał. Nadto nigdy jeszcze jedzenie nie było tak łatwo dostępne jak obecnie. Trzeba się było fest nakręcić, żeby coś zdobyć. Nawet padlina nie była tak prosta do zdobycia. Weź tu i odpędź głodnego dzikiego kota, który sobie coś upolował.  W porównaniu do innych zwierząt człowiek nie jest ani zręczny, ani szybki. Jego siła tkwi w postawie dwunożnej, w tym, że poci się całą powierzchnią ciała (czyli ma świetne chłodzenie) i może zwierzynę od niego silniejszą i szybszą po prostu zamęczyć, podążając za nią truchcikiem. Ale paczka czipsów nie ucieka, żaden trucht tu potrzebny nie jest.
Bardzo mnie książka Konarzewskiego podniosła na duchu. Nie raz i nie dwa gadałyśmy z Dzie(g)ciem, że ja mam jaskiniowy przewód pokarmowy. Tak, querva, lubię mięso. Moi przodkowie byłi padlinożercami i kanibalami. Wasi też – chociaż możecie tego nie przyjmować do wiadomości. Nie mam enzymów do trawienia białek z mleka i mleka nie pijam. Jeśli chcę się żle poczuć powinnam zjeść twarogu. Ja was brzuchy po twarogu nie bolą to pewnie pochodzicie bardziej niż ja od tych neolitycznych nieszczęśników, którzy zaczęli prowadzić osiadły tryb życia, hodować bydło i zasuwać przy żarnach. Życie łowcy-zbieracza było stokroć przyjemniejsze i zdrowsze niż rolnika – pasterza. Łowcy mieli ponad 1,80 wzrostu. Niby bardziej ewolucyśjnie zaawansowani rolnicy skarleli do 1,55.
Na fali tych rozważań antropologiczno- dietetycznych upiekłam podpłomyki, zrobiłam pierogi ze soczewicą, a na końcu postawiłam przyjemny nowoczesny akcent, sporządzając massę krówkową.
Podpłomyki zrobiłam nie szczypiąc się specjalnie. Jakieś półtorej szklanki mąki zagniotłam z jajcem i wodą – tak, żeby powstało dość luźne ciasto. Dodałam do niego pół łyżeczki soli. Nie wiem, czy człowiek neolitu dysponował solą. Pewnie jeden tak, a inny nie. Jeśli kogoś to strasznie ma dręczyć, mogę jutro zapytać jakiegoś archeologa od nas. Ja tam sól miałam i dałam. Ciasto wałkowałam na bardzo cienkie placki i smażyłam na lekko natłuszczonej patelni dopotąd aż się nie zaczęły tworzyć purchle (na podpłomyku, nie na patelni). Bardzo wesoło, a co smrodu było w mieszkaniu – no całkiem jak w kurnej chacie!
Ugotowałam też pierogi ze soczewicą, b to jedna z najstarszych roślin uprawnych. Nie jestem skądinąd pewna, czy oddałabym za miskę soczewicy pierworództwo. Ale tak sobie w sumie teoretycznie bryluję, bo to ani głodna nie jestem, ani młodszego rodzeństwa nie mam.
Z tego wszystkiego najprzyjemniej robi się massę krówkową, kajmakową zwaną. Puszkę się wstawia do gara z wodą i można się zająć ciekawszymi rzeczami niż kuchnia.
Dwie dziurki w nosie, na tym skończyło-sie, a trzecia w dupie, słuchajcie głupie.

Najpierw była próba kostiumowa, a następnie występki gościnne. Przyjaciel otrzymał Gloria Artis, goście natomiast strawę dla ducha oraz dla ciała owszem też. Ja dostałam prezent perwersyjny od losu. W drodze na miejsce wręczania moja komórka zaczęła wrzeszczeć wielkim głosem (tak, mam bogatą kolekcję dzwonków i obecnie SMS-a sygnalizuje mi Wiewiór z Epoki Lodowcowej, biegnący z okrzykiem za orzeszkiem). Pani Iza wróciła do pracy! Tylko w soboty, tylko na kilka godzin, tylko… tylko się natychmiast umówiłam na najbliższą sobotę, więc nawet nie miałam szczególnych kompleksów, że w danym momencie kieckę mam nową, a fryzurę z prekambru.
Po powrocie do domu z ty wielki radości sporządziłam chipsy pomarańczowe.
Pokroiłam dwie pomarańcze w cienkie plasterki. Na szatkownicy – podejrzewam, że przy krojeniu ręcznym nie bardzo by to miało sens – po prostu zbyt wiele soku by wyciekło. Plasterki te następnie ułożyłam na blasze na papierze do pieczenia. Wynalazcy papieru do pieczenia należy się, moim zdaniem, przynajmniej pomnik. Każdy plaster posypałam cukrem kryształem. Dość hojnie, ale nie pytajcie, ile tak konkretnie. Mniej więcej na jeden plaster jedna angielska łyżka do deserów – czyli większa niż do herbaty, a nieco mniejsza niż do zupy. Plasterki te suszyły się, ale też proszę nie pytać ile i w jakiej temperaturze. Coś tak chyba koło setki, może 20 minut. A może nie.
Uzyskuje się takie plastry, jakie czasem się trafiają w ozdobnych potpourri. Trochę to przypomina domowej produkcji lizaka. Chodzi jednak o to, żeby zachować zimną krew i wbrew wszelkiej logice poczekać, aż te plastry nieco zbrązowieją, czyli cukier na nich się skarmelizuje (w przeciwnym razie będą deczko gumowate, a chodzi o to, żeby chrupały pod zębami). Ten słodkawo, gorzkawo, kwaśnawy smak jest zaiste świetny.
Od kilku dni jestem podpytywana, czy bym znowu nie zrobiła takich chipsów. No, może bym i zrobiła, ale ileż to roboty! I bałagan straszny w chałupie, a weź tu i rób takie fiu bździu, jak w przedpokoju zawsze stoi dyżurny obskurny – worek ze śmieciami do wyniesienia.
Tak sobie myślę, tak myślę sobie, że takie plasterki to by świetnie wyglądały na choince zamiast bombek. O ile komuś się chce bawić w takie pierdoły, na co chyba trochę szkoda młodego życia.
A poza tym – od lat nie robiłam na drutach, a bardzo lubię. I mam nową włóczkę. I wizję swetra. Więc plasterki to raczej każdy musi sobie zrobić sam.
Może dodam jeszcze, że jak się pieką, to zajebiście pachną. Zupełnie, jakby w nich nie była ani jednego pestycyda, słowo.


  • RSS