nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: napoje

Tak, wiem. Można pójść do sklepu na rogu i za 59 złotych kupić całkiem pokaźną flaszkę Baileysa. Zwłaszcza jak ktoś za komuny żył i przerabiał a to fortepian na kajak, a to vice versa, swetry na getry, getry na szaliki, szaliki na kołdry patchworkowe. Sam strzygł, gręplował, prządł, haftował i wytwarzał papier toaletowy z gazet.
Z drugiej strony, kiedy żyje w wielkim mieście, w pośpiechu, w braku czasu nie tylko na przyjaźnie, ale i na zwykłe kontakty towarzyskie, kupuje prawie wszystko, co przez wieki wytwarzano w domu. Ten człowiek. Jeden z drugim. Na mojej klatce schodowej nawet przed świętami nie było czuć zapachu ciasta. Najwyraźniej nikt nic nie piekł. Na róg skoczył po gotowe.
Bimbru pędziła oczywiście nie będę, bo to i oprzyrządowania nie mam, i niecierpliwa jestem, i pewnie wypiłabym zacier. To teraz biegiem, bo ten… no… sprawdzam, czy się przegryzło.
Trzeba mieć masę kajmakową czyli krówkową. W tym celu gotuje się puszkę mleka skondensowanego słodzonego prze jakieś 2-3 godziny w garnku pełnym wody. Ja kupiłam gotową. Dodałam do niej dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej i mały kartonik śmietanki 12-procentowej. Rozbiłam mikserem. Następnie dodałam szklankę whisky. Wymieszałam. Przelałam do butelek.
Tym to trunkiem spełnię toast noworoczny. Owszem, wiem, że zwyczajowo robi się to szampanem. Który w naszych warunkach nie jest żadnym szampanem, tylko jakimś musującym ersatzem. Jeśli komuś ten brak bąbelków w wytworzonym domowym przemysłem Baileysie przeszkadza, może sobie wsadzić do kieliszka słomkę i dmuchając weń, wyprodukować całkiem profesjonalne bąbelki. Czego wszystkim życzę.
Wszystkiego najlepszego w nowym roku.

 

Wczoraj usłyszałam z ust jakiegoś politologa czy też może socjologa następujący tekst: „Natura ludzka jest zła, kłamliwa i podstępna, a ludzie mają skłonność do oszustw”. Bardzo mi to pasuje: natura ludzka to jest bladź samarskaja, a o oszustwa człowiek potyka się na każdym kroku. Nawet w programach kulinarnych. Co ujęcie – to kłamstwo bezczelne. A w każdym razie mijanie się z prawdą. A poza tym prawda jest jak dupa – każdy ma swoją.

Proszę bardzo – oto mistrz gara wyciska pomarańczę. Tak po prostu bierze ją w garść, a ona wypuszcza z siebie sok. Inny artysta patelni pokazuje, jak oskalpować czosnek z łupy. W tym celu najpierw po prostu przywala w główkę pięścią, a ona (główka, nie pięść) rozpada się na poszczególne ząbki bez słowa protestu.

Ja bym chciała, żeby kiedyś ktoś nakręcił PRAWDZIWY program o zmaganiach kuchennych. Cot bierze pomarańczę. Dusi ją, dusi, dusi, aż w końcu mdleje ze zmęczenia, a pomarańczy nic. Albo wali tą swoją piąsteczką (rozmiar rękawiczki numer bodajże 8). Czosnek pozostaje virgo intacta, piąstka doznaje w najlepszym wypadku siniaka, a w gorszym – urazu kosteczek.

Z jaką lekkością ci ludzie przenoszą do piekarnika ciężkie brytfanny. I jak równie bezwysiłkowo je stamtąd wyjmują, rozgrzane do czerwoności!

Chętnie wezmę udział w programie kulinarnym, bo od tego wielu ludziom by przeszły wszelkie kompleksy i zrobiłoby się im naprawdę lekko na duszy. A ile pikania by było! Więcej niż u Jerry’ego Springera.

Bardzo by też było zacnie, gdyby kamera pokazała, że rzeczywisty czas wyprodukowania „obiadu w pół godziny” to 50 minut.  Albowiem warzywa same się nie umyją i nie pokroją. Same to się nawet kreskówki nie obejrzą.

I jeszcze prosimy pana kamerzystę, żeby zrobił ujęcie wszystkim użytym sprzętom i garom, które trzeba pozmywać. I bardzo proszę pokazać podłogę i blaty kwalifikujące się do mycia. I wór śmieci do wyniesienia.

Bo bez tego to te wszystkie programy można streścić słowami mojego ulubionego bohatera z „Dnia świra”: PIŹDZIU, PIŹDZIU, ZUPA RYBNA.

No. A wczoraj Dziecia dopadła koszmarna migrena, i wszystkie nasze plany (to jest wizyta u ortopedy i wizyta u ortodonty) poszły się ganiać. Migrena, jak wiadomo, to jest przypadłość,  której niewiele wiadomo poza tym, że bywa. Nie pomogło jakieś cuś musujące, które podobno pacjenci migrenowi nawet chwalą. I tabletki też nie pomogły.

Po powrocie z pracy  zrobiłam Dzieciowi

RUSKIE LEKARSTWO NA MIGRENĘ.

Do mocnej jak siekiera, zaparzonej w ekspresie kawy wcisnęłam z pół cytryny. Ten to zajzajer, niesłodzony, Dzieć wypił – nie bez odrazy. Kawa zawierała (na oko) ilość kofeiny zdolną uczynić słonia bezsennym na jakąś dobę. Po czym Dzieć poszedł w kimę na jakieś półtorej godziny.

A jak wstał to nie miał migreny, tylko wściekłego głoda, na którego otrzymał zupę bagienną. O której inną razą.

 

 

 

Layout – jak widać – odzyskany.  Dzięki uporowi i mądrości Dziecia.  Powiem skromnie: takie gieny.
A teraz przechodzimy do notki właściwej, z przepisem właściwym w środku.

Ileż to rzeczy jest przereklamowanych. Praca. Emerytura. Małżeństwo. Singielstwo. Bezdzietność. Wielodzietność. Śledź po japońsku. Święta. Sylwester. Kuchnia włoska z pizzą na czele, czyli kanapką na ciepło. Wreszcie wino, wraz z kulturą jego picia. Weż tu i pij wino w taki ziąb, niegrzane. Trzeba jeść i pić to, co rośnie na danym terenie. Czy u nas rośnie dobre wino? Nie rośnie.

Gospodynie i gospodarze! Luminarki i luminarze! Promujcie własne dziedzictwo kulturowe! Będąc w zjednoczonej Europie sławcie własną odmienność! No co wam buddyzm, wegetarianizm, dieta śródziemnomorska, wina kalifornijskie, holenderskie kakao, angielska herbata, sushi i galaretka z owoców chlebowca.

Dzisiaj szef kuchni poleca KAWĘ PO SŁOWIAŃSKU. Parzymy kawę jak zwykle, słodzimy ją (lub nie) i dodajemy do niej solidny chlust bimbru. Właściwe proporcje należy dopracować samemu.

Jak mówię: bimbru, to mam na myśli bimber, a nie jakieś cuś – wódkę, spiorytus, whisky, sake  albo armagnac. Kawa po słowiańsku promuje rodzime dziedzictwo kulturowe, a nie jakieś huk-wi-co.


  • RSS