nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: dodatki

I oto stało się coś, czego się strasznie wstydzę. Dwa dni pod rząd zrobiłam ciepłą kolację. Z jednej strony – nie powinnam o tym pisac, bo to mi psuje czarny pijar. Z drugiej – muszę podzielic z kimś tą niedolą. Złamałam zasady, zgrzeszyłam, postąpiłam niegodnie. Ponieważ każde zachowanie przynosi jakąś korzyść, zastanawiam sie, jaką korzyśc miałam z tego, że zrobiłam kolację. No dobra, miałam kolację. Ale bardzo krótko.
Kolacja składała się z dwóch elementów: grzanek i sałatki.
Sałatkę stanowił ugotowany, oskórowany bób wymieszany z kaparami. Zalany sosem z kwasnej śmietany i majonezu (w proporcji 3:1), czosnku, pieprzu cyttrynowego, odrobiny soli i soku z cytryny.
Grzanki powstały na bazie ciemnej ciabaty osmarowanej gorgondzolą i posypane grubo posiekanymi orzechami włoskimi.
Dzisiaj po południu wyruszam na poszukiwane grupy wsparcia, bo całkiem się chyba zepsułam.

Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że teraz to mi się nie tylko

gotować nie chce, ale i pisać. No, ale kobyłka się rzekło,

rzeknie się i beeeee.

A tak nawiasem wspominając, to byłam dzisiaj w kinie i po kinie

pojszłam

do Burdel Kinga. A że to w centrum handlowym było, to miałam

bogate pole do obserwacji. Ile ludzie jedzą hamburgerów!

To się w pale nie mieści.

A przecież dzisiaj Wielki Piątek. A to post jest przecież, i to jakoby wielki.

A ludzie nic, tylko te hamburgery wpieprzają. Wielkie jak młyńskie koła.

Jak wołowa morda po oczy. Jak rozeta na witrażu kościoła.

No  przechodzimy do ad remu. Kilka tygodni temu zrobiłam sobie

mrożony tort bezowy. Blaty kupiłam gotowe, bo nie miałam

zmagazynowanych białek, a w ogóle to mi się

nie chciało piec tych bezów, bo wtedy ani prania nie  można zrobić

ani wody zagotować, bo korki wywala, a w ogóle białka mają być

na bezy czekoladowe.

Gotowe blaty (trzy sztuki) kosztowały 5 zł.

Szklankę i 1/4 szklanki cukru, szklankę soku z cytryny, otartą skórkę
z cytryny (jakieś dwie łyżki zupowe) i 75 g masła zagotowałam.

6 jajec ubiłam mikserem (razem żółtka i białka)
do tego wlałam te bumalajze cyrrynową, przestudzoną
wymieszałam, przelałam do garnuszka i gotowałam, aż zgęstniało.
Beznadziejna robota, trzeba mieszać i pilnować, żeby się nie zrobiły takie grudy

jak w budyniu.
Pizgłam do miski, przykryłam folią żeby się nie zrobił kożuch

i poszłam obejrzeć Hausa.
W tym czasie ta bumelajza wystygła.
Ubiłam półtorej szklanki kremówki.
Do ubitej kremówki dodałam ten kit cytrynowy ,

wymieszałam przełożyłam blaty,

wsadziłam do zamrażarki i poszłam oglądać Hausa.
Tego dnia rzygałam Hausem.

Poza tym polecam sałatkę Moni.
Się miesza: por (białe części – ja blnaszuję),

kurczaka wędzonego i ciemne winogrona

przekrojone na pół. Można skleić majonezem.

Ja mieszałam majonez z kwaśną śmietaną i ząbkiem czosnku

Robiłam też pastę z jajek na twardo i zielonych posiekanych oliwek

Nie bardzo mam pomysł jak to opisać. Gotuje się jajka na twardo, sieka,

sieka się oliwki,

kroi cebulę (najlepiej czerwoną) wszystko razem

miesza, skleja majonezem i się ma pastę – ale niezbyt długo.

 

Wesołych świąt, alleluja i do przodu.


 

Znasz-li ten stan: siedemdziesiąt kanałów w telewizorze, a oglądać nie ma czego. Telewizornia publiczna ma misję, która polega na tym, że rzeczy wartościowe zaczyna nadawać koło północy, a jakieś rozgwiazdy hasające po parkietach i lodzie – wczesnym wieczorem. Opera, jeśli jest, to raz na miesiąc, z łaski na uciechę – start przed północą, oczywiście, bo koneser wszystko strzymie.

Długo jeszcze na ten temat mogę, ale mi się nie chce. Nie myślę abonamentem finansować ciągnących się jak gówno za złotą rybka reklam, „Ziarna”, pokrak w czarnych sukienkach, Wildsteina. Telewizja publiczna może sobie swoją misję zastosować doodbytniczo i popchnąć wyciorem od armaty.

No, to oglądam sobie (wtedy, kiedy nie oglądam AXN, Hallmarku i TVN24.) TVN Style, Club i Kuchnię TV. W zasadzie działają niewkurwogennie, stanowiąc tło robótek ręcznych, leżenia na kanapie na czas i wspomagając konkurencję przewracanie się z boku na bok.

Czasem jednak trafi się program taki, że człowieka aż skręca. I tak ostatnio pojawiła się Agentka do Zadań Specjalnych. Agentka pojawia się u osób, które by się chciały odchudzić stosując dietę – przez co należy rozumieć prawidłowe. utrwalone nawyki żywieniowe. Znakiem rozpoznawczym Agentki jest gigantyczna waliza samolotowa na kółkach, którą ciągnie za sobą co i raz., to z lewej strony ekranu na prawą, to vice versa.

- Zamknij walizę, bo ci w nią wlizę, ty stara prochownio! – chciałoby się rzec za Wiechem.

Nie bardzo rozumiem, na co jej ta waliza. Bo i tak siedzi w jednym i tym samym garniaku we wszystkich odcinkach. Dopuszczam jednak do siebie taką myśl, że ma tam taką wielka szklaną rurę.

Tę rurwę Agentka umieszcza na stole i wrzuca do niej to, co delikwent je. Czyli pizzę, przekąski, kawę z mlekiem – co się zdarzy. Wygląda to oczywiście obrzydliwie i na pierwszy rzut oka na sensowne pociągnięcie. Niestety – ja od razu myślę sobie:

- A weź wrzuć tam babo ciasteczka owsiane, płatki śniadaniowe, zalej to jogurtem, dorzuć makaron razowy, szpinak duszony na parze i popraw sokiem z marchwi oraz pomidorowym. Do tego, oczywiście, mnóstwo tofu.

Jednym słowem pomysł z rurą jest głupi, to jest chciałam powiedzieć chybiony.

Tańce przy rurze przerywane są buszowaniem po lodówce osoby, która zgłosiła się do programu.

- Ojejusiu – marudzi Agentka. – Nie masz warzyw i owoców. Musisz jeść dużo warzyw.

Z tym akurat nie ma co dyskutować. Ale jest ale. Na przykład ja kupuję tyle zieleniny, ile mi potrzeba na dany dzień. Nie bardzo widzę powód, dla którego mają więdnąć w lodówce. Więc jak ich nie mam, to znaczy, że właśnie je zeżarłam. Natomiast dla odmiany to, że mam owoce i one gniją i pleśnieją na parapecie (bo owoce kupuję dla uspokojenia sumienia, za owocami nie przepadam) tak samo nie świadczy o tym, że je zjadam. Jednym słowem to, że się ma nie oznacza, że się tego używa, a jak się nie ma, że to jest stan na zawsze.

Poza tym Agentka ewidentnie dzieli jedzenie na dobre i na złe. Owszem, zgoda, dżankfudy mieszczą się w takim rozumowaniu. Bo obiektywnie są złe. Ale Agentka albo nie wie, albo rżnie głupa nie mówiąc, że np. niektóre płatki śniadaniowe, tak strasznie zachwalane, są bardziej kaloryczne i tłuste niż dwa jajka posadzone na bekonie.

Dlatego Agentka mnie irytuje niemożebnie. A na przykład program „Zgrabne gotowanie” – ani trochę. Tam się mówi o kontrolowaniu wielkości porcji,. Tam się mówi: uwielbiasz lody, okej, pokażemy ci, jak zrobić sobie samemu w domu lody lekkie, mniej tłuste i słodkie od tych ze sklepu. Zjesz je po obiedzie. A ponieważ zjesz lody, to twój obiad powinien być mniejszy i mniej kaloryczny niż dotychczas, proszę bardzo, pokażemy ci, jak go ugotować. W dodatku z tej samej bazy będziesz mieć obiad na dwa dni – a każdy będzie inny.

To tyle na temat Agentki. Bo jak napiszę o niej jeszcze jedno zdanie to zwomituję na akapit.

Teraz będzie o wyczynach kuchennych.


Wyczyn pierwszy – oliwa aromaterapeutyczna
.

Pół główki czosnku zalałam sokiem z połowy cytryny. Macerowałam jakieś pół dnia. Następnie czosnek wepchnęłam do butelki, dodałam dwie papryczki chilli pokrojone na mniejsze kawałki (ale pozbawione pestek) i zalałam to dobrą oliwą.

Oliwą tą zalewałam: ugotowaną fasolkę szparagową, kalafiora, smarowałam nią cukinię do grillowania.

Wyczyn drugi – jogurt Dzie(g)CIA

Jogurt (taki zupełnie niesłodzony) Dzie(g)ć miesza z odrobiną miodu i kilkoma kroplami wody różanej. Chociaż mam uczulenie na miód mogące zakończyć się zejściem śmiertelnym, to ten skromnie wyglądający zestaw pachnie tak oszałamiająco, że aż miałam ochotę spróbować.

Wyczyn trzeci – sałatka z cukini

Niech wezmą cukinię i ją potną na cienkie płatki. Katorżniczą tę pracę wykonuje się najlepiej obieraczką do warzyw. Teraz niech zetrą na tarce skórkę z połowy cytryny i dorzucą do cukinii. Następnie niech wcisną sok z cytryny. Niech zapomną o sałatce na pół godziny, w ciągu której zajmą się czymś pożytecznym. Następnie niech do cukinii dorzucą ze trzy dwie łyżki kaparów czy ile im tam pasuje, zaleją oliwą aromaterapeutyczną, wymieszają, znów odczekają z pół godziny aż surówka się przegryzie. Teraz mogą jeść.

Jak nie maja takiej oliwy to sami są sobie winni. Mogą zresztą wkroić ze dwa ząbki czosnku wlać zwykłą oliwę – chociaż to nie to samo.

 

Ta notka musi wystarczyć na kilka tygodni. Bo mam doła. Nie mam apetytu ani na pisanie, ani na jedzenie. Ma to też dobre strony – może wreszcie zrzucę te pięć kilogramów, które mój organizm kurczowo trzyma na wszelki wypadek.

Wczoraj Dzie(g)ć dokonał odkrycia.
– To nieprawda, że ty nienawidzisz gotować – rzekł. – To znaczy: nienawidzisz, kiedy MUSISZ gotować, a jak ci wisi, czy ta rzecz jest nam naprawdę do jedzenia i szczęścia potrzebna, to się do kuchni pakujesz bardzo chętnie.
I to jest święta prawda. Naprawdę fajnie robi się te rzeczy, które nie muszą być podane na określoną godzinę (śniadanie, obiad), zjedzone koniecznie (bo inaczej ból głowy – dotyczy kolacji). Czyli różne pyszne obrzydlistwa oraz (jak mawiają Pekazety: niezdrowe gówna).
Do pysznych obrzydlistw zaliczam (między innymi): domowe batoniki Bounty, takie piczwanse co się je robi z batoników mars i płatków kukurydzianych, blok białoczekoladowy oraz wszystko to, co człowiek znienacka postanawia zrobić, żeby dobrze przygotować organizm do diety albo głodówki.
A ja właśnie zamierzałam zacząć głodówkę. Niedługą – taką ze dwa – trzy dni. Więc żeby organizm szoku nie doznał zrobiłam pastę z boczku. Czyli gotowany boczuś wrzuciłam do maszynerii i go przemełłam. I tę pastę, z 30 deka boczku, zjadłyśmy z Dzie(g)ciem) na kolację i śniadanie i nic nie zostało.Tak, wiem, że mogłam dodać:
a) jajko na twardo
b) czosnek
c) cebulę
d) kiełbasę
e) a nawet kapary.
A nie dodałam, bo
a) jajka mi się nie chciało gotować,
b) czosnek teraz kwitnie i jest niedobry, trzeba by wysadzić go do ziemi i dodać te zielone pędy a ich uzyskanie to jakiś tydzień
c) cebula zabiłaby wytworny aromat boczku
d) nie miałam chudej kiełbasy i ogólnie wędliny są jakieś takie więcej obrzydliwe, i po to robiłam tę pastę, żeby obejść łukiem problem wędlin
e) kapary zjem z czym innym.
Poza tym miałam rzodkiewki, ogóreczki małosolne i surowe, pomidory, więc taka niczym nie zanieczyszczona pasta to było dokładnie to, o co chodziło.A zrobiłam ją z wyjątkowo chudego boczku, więc ledwo trzymała się kupy. I dopiero ona, ta pasta, uświadomiła mi naocznie i organoleptycznie, ile tłuszczu pakują producenci do kiełbas.

Ta pasta byłaby niewątpliwie fantastyczna na grzankach. Ale to już dla mnie za dużo roboty.

A teraz gratis: surówka z czerwonej kapusty. Zrywam ja kartkę z kalendarza kulinarnego i cóż widzę? Widzę przepis, który brzmi jak następuje:

Składniki: 50 dag czerwonej kapusty, 2 soczyste winne jabłka, kieliszek wytrawnego czerwonego wina, łyżka rodzynek, 2 łyżki oliwy lub oleju słonecznikowego, sok z cytryny, cukier, sól

Sposób przygotowania: Kapustę drobno poszatkować, zalać wrzątkiem, zagotować, po czym wylać na sitko, polać zimną wodą i osączyć. Jabłka obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach. W salaterce wymieszać kapustę z jabłkami, rodzynkami i olejem. Przyprawić do smaku cukrem, sokiem z cytryny i solą.

Każdy ćwocek lubi bocek. Natomiast szkoda, że w tym kalendarzu kulinarnym nie napisały po huk im był ten kieliszek wina.

Na pewno już wspominałam, że jestem kretynem topograficznym. Objawia się to tak, że nie pamiętam drogi. Tylko samochodem wprawdzie, piechotą trafiam wszędzie. Niestety – nie wszędzie da się dojść per pedes na czas. Poza tym nie mam pamięci do twarzy, których to twarzy następnie nie kojarzę z nazwiskami. Nie mam pamięci także do fabuł. Prawdę mówiąc – fabuły mnie nie interesują i nie mają dla mnie większego znaczenia. Z tego powodu prawie nie czytam beletrystyki, bo nawet w trakcie nie jestem w stanie zbornie opowiedzieć kto z kim, po jaką cholerę, dla jakich korzyści.
A notki nowej od jakiegoś czasu nie ma, bo książkę czytałam. Nie beletrystyczną, niech Bóg zabroni, normalną. Marka Konarzewskiego „Na początku był głód”. To się czyta jak kryminał. Łyknęłam, trawiłam, potem pomyślałam, że wstawię notkę. Cały problem w tym, że kiedy czytałam, nie robiłam stosownych notatek. I zanim te notatki zrobię to pewnie jesień już będzie.
Więc mogę krótko: świetna książka. A teza jej jest taka. Człowiek jest ofiarą swojego sukcesu ewolucyjnego. Osobliwym przykładem na to są ci ludzie (to jest większość), którzy tyją. Człowiek ma po prostu paleolityczny genotyp, przystosowany do okresów głodu i obżarstwa, a nie do przetworzonych produktów z hipermarketów. Właśnie z powodu tego przystosowanie sprzed milionów lat diety nie skutkują, a na dłuższych przebiegach i dalszej niż tygodniowa perspektywie sieją w organizmie, jak to jest z dietą Atkinsa, który to Atkins – co należy podkreślić nie bez satysfakcji – zmarł na serce, a nie powinien, skoro tak zdrowo się odżywiał. Nadto nigdy jeszcze jedzenie nie było tak łatwo dostępne jak obecnie. Trzeba się było fest nakręcić, żeby coś zdobyć. Nawet padlina nie była tak prosta do zdobycia. Weź tu i odpędź głodnego dzikiego kota, który sobie coś upolował.  W porównaniu do innych zwierząt człowiek nie jest ani zręczny, ani szybki. Jego siła tkwi w postawie dwunożnej, w tym, że poci się całą powierzchnią ciała (czyli ma świetne chłodzenie) i może zwierzynę od niego silniejszą i szybszą po prostu zamęczyć, podążając za nią truchcikiem. Ale paczka czipsów nie ucieka, żaden trucht tu potrzebny nie jest.
Bardzo mnie książka Konarzewskiego podniosła na duchu. Nie raz i nie dwa gadałyśmy z Dzie(g)ciem, że ja mam jaskiniowy przewód pokarmowy. Tak, querva, lubię mięso. Moi przodkowie byłi padlinożercami i kanibalami. Wasi też – chociaż możecie tego nie przyjmować do wiadomości. Nie mam enzymów do trawienia białek z mleka i mleka nie pijam. Jeśli chcę się żle poczuć powinnam zjeść twarogu. Ja was brzuchy po twarogu nie bolą to pewnie pochodzicie bardziej niż ja od tych neolitycznych nieszczęśników, którzy zaczęli prowadzić osiadły tryb życia, hodować bydło i zasuwać przy żarnach. Życie łowcy-zbieracza było stokroć przyjemniejsze i zdrowsze niż rolnika – pasterza. Łowcy mieli ponad 1,80 wzrostu. Niby bardziej ewolucyśjnie zaawansowani rolnicy skarleli do 1,55.
Na fali tych rozważań antropologiczno- dietetycznych upiekłam podpłomyki, zrobiłam pierogi ze soczewicą, a na końcu postawiłam przyjemny nowoczesny akcent, sporządzając massę krówkową.
Podpłomyki zrobiłam nie szczypiąc się specjalnie. Jakieś półtorej szklanki mąki zagniotłam z jajcem i wodą – tak, żeby powstało dość luźne ciasto. Dodałam do niego pół łyżeczki soli. Nie wiem, czy człowiek neolitu dysponował solą. Pewnie jeden tak, a inny nie. Jeśli kogoś to strasznie ma dręczyć, mogę jutro zapytać jakiegoś archeologa od nas. Ja tam sól miałam i dałam. Ciasto wałkowałam na bardzo cienkie placki i smażyłam na lekko natłuszczonej patelni dopotąd aż się nie zaczęły tworzyć purchle (na podpłomyku, nie na patelni). Bardzo wesoło, a co smrodu było w mieszkaniu – no całkiem jak w kurnej chacie!
Ugotowałam też pierogi ze soczewicą, b to jedna z najstarszych roślin uprawnych. Nie jestem skądinąd pewna, czy oddałabym za miskę soczewicy pierworództwo. Ale tak sobie w sumie teoretycznie bryluję, bo to ani głodna nie jestem, ani młodszego rodzeństwa nie mam.
Z tego wszystkiego najprzyjemniej robi się massę krówkową, kajmakową zwaną. Puszkę się wstawia do gara z wodą i można się zająć ciekawszymi rzeczami niż kuchnia.
Dwie dziurki w nosie, na tym skończyło-sie, a trzecia w dupie, słuchajcie głupie.

Ten chrzan dotąd przygotowywały Pekazety, czyli moi rodzice, do których zwykle udawam się z gębą po kolędzie. Jednakowoż Pekazety się starzeją i mają coraz mniej sił do pierdół, a ja się dorobiłam miksera, więc chrzan robię ja. Śledzie zresztą też.

Tym razem skupimy się na chrzanie,
Wzięłam lagę chrzanu i ja pokroiłam dość drobno – w kostkę. Wrzuciłam do miksera Braun – w te ostre noże. Trochę soli, ale nie za dużo, bo my małosolne jesteśmy. Dodałam pół grejpfruta – cały miąższ, ale bez błon. Odpaliłam maszynerię. Cięło jakieś 4 minuty, no i wtedy zdjęłam pokrywkę i się pochyliłam z troską nad chrzanem, żeby sprawdzić, czy na pewno dobrze go przemełło. Otóż tak dobrze, że nie mogłam się pozbierać z rozumem ze trzy minuty. Czasem daję pomarańcze zamiast grapefrujtro, ale grapefrujtro lepsiejsze.
Żeby Wam nikt nie chrzanił. Żeby nikt się do Was nie przychrzaniał. Żeby nic, co robicie nie było do chrzanu. Żeby nic Wam się nie chrzaniło. Wesołych świąt!

Najpierw była próba kostiumowa, a następnie występki gościnne. Przyjaciel otrzymał Gloria Artis, goście natomiast strawę dla ducha oraz dla ciała owszem też. Ja dostałam prezent perwersyjny od losu. W drodze na miejsce wręczania moja komórka zaczęła wrzeszczeć wielkim głosem (tak, mam bogatą kolekcję dzwonków i obecnie SMS-a sygnalizuje mi Wiewiór z Epoki Lodowcowej, biegnący z okrzykiem za orzeszkiem). Pani Iza wróciła do pracy! Tylko w soboty, tylko na kilka godzin, tylko… tylko się natychmiast umówiłam na najbliższą sobotę, więc nawet nie miałam szczególnych kompleksów, że w danym momencie kieckę mam nową, a fryzurę z prekambru.
Po powrocie do domu z ty wielki radości sporządziłam chipsy pomarańczowe.
Pokroiłam dwie pomarańcze w cienkie plasterki. Na szatkownicy – podejrzewam, że przy krojeniu ręcznym nie bardzo by to miało sens – po prostu zbyt wiele soku by wyciekło. Plasterki te następnie ułożyłam na blasze na papierze do pieczenia. Wynalazcy papieru do pieczenia należy się, moim zdaniem, przynajmniej pomnik. Każdy plaster posypałam cukrem kryształem. Dość hojnie, ale nie pytajcie, ile tak konkretnie. Mniej więcej na jeden plaster jedna angielska łyżka do deserów – czyli większa niż do herbaty, a nieco mniejsza niż do zupy. Plasterki te suszyły się, ale też proszę nie pytać ile i w jakiej temperaturze. Coś tak chyba koło setki, może 20 minut. A może nie.
Uzyskuje się takie plastry, jakie czasem się trafiają w ozdobnych potpourri. Trochę to przypomina domowej produkcji lizaka. Chodzi jednak o to, żeby zachować zimną krew i wbrew wszelkiej logice poczekać, aż te plastry nieco zbrązowieją, czyli cukier na nich się skarmelizuje (w przeciwnym razie będą deczko gumowate, a chodzi o to, żeby chrupały pod zębami). Ten słodkawo, gorzkawo, kwaśnawy smak jest zaiste świetny.
Od kilku dni jestem podpytywana, czy bym znowu nie zrobiła takich chipsów. No, może bym i zrobiła, ale ileż to roboty! I bałagan straszny w chałupie, a weź tu i rób takie fiu bździu, jak w przedpokoju zawsze stoi dyżurny obskurny – worek ze śmieciami do wyniesienia.
Tak sobie myślę, tak myślę sobie, że takie plasterki to by świetnie wyglądały na choince zamiast bombek. O ile komuś się chce bawić w takie pierdoły, na co chyba trochę szkoda młodego życia.
A poza tym – od lat nie robiłam na drutach, a bardzo lubię. I mam nową włóczkę. I wizję swetra. Więc plasterki to raczej każdy musi sobie zrobić sam.
Może dodam jeszcze, że jak się pieką, to zajebiście pachną. Zupełnie, jakby w nich nie była ani jednego pestycyda, słowo.

No i co tu jeść, proszę pani, proszę pana, jak wszystko się znudziło? Na sery człowiek już patrzyć nie może. Wędliny po jednym dniu w lodówce robią się takie więcej obślizgłe. Dżemy natomiast są słodkie, brrr.
Dobra, myślę sobie, niech będzie moja krzywda. Niech będzie jak w osiemnastym wieku. Niech się umęczę, upodlę, utytłam. Niech będą masła staroświeckie.
Pierwsze było masło pietruszkowe. Zmiksowałam w maszynerii w celu jego uzyskania pęczek pietruszki (z łodygami, bo łodygi są bardziej aromatyczne) i mnóstwo ząbków czosnku, odrobinę soli i pól kostki masła. Była to kostka osełka, czyli zdecydowanie większa od kostki, która osełką nie jest.
Drugie było masło sardelowe. Posiekałam puszkę anchois i (chyba) łyżkę kaparów. Tę massę wymieszałam z pozostałą połową osełki. Maszynerii nie używałam do tego żadnej, ponieważ zamiarem moim nie było uzyskanie masła o konsystencji przemysłowej.
Jeśli natomiast rozbiega się o masło musztardowe, to podjęte być może zostaną próby udoskonalenia go, a na razie nie ma o czym gadać.
Poza tym wszystko po staremu. Dalej nienawidzę gotować. A ostatnio w sklepie ?Kuchnie świata? uświadomiłam sobie, że nienawidzę też wydawać pieniędzy na żarcie. Co nie znaczy, że ich mimo wszystko nie wydałam.


  • RSS