nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: do chleba

Wiele jest na tym świecie potraw przereklamowanych. Zalicza się do nich (na tym blogu) krupnik, suszy (chociaż jak ten kleisty ryż wydłubać, to jest całkiem-całkiem), pizza (zwłaszcza z pieczarkami), kutia, soki owocowe, herbatki owocowe, salatki owocowe, lody waniliowe (chyba że w kawie), czekolada, tofu i klawiatura mnie rozbolala.
Jedną z takich przereklamowanych potraw jest humus, czyli groch roztarty z dodatkami. Za komuny krążyły przepisy na tort migdałowy z nadzieniem z fasoli, podlewany aromatem migdałowym. O czymś takim to w ogóle nie ma mowy. Humus natomiast jest całkiem do rzeczy, ale żebym się tym miala zajadać, to nie powiem. Robi się go zwyczajnie: rozciera cieciorkę z czosnkiem, solą, papryczką chili, sokiem z cytryny i pastą sezamową. Ponieważ jednak Dziegć jest uczulony na sezam, zamiast tej to pasty tahini dałam masło orzechowe.
W sumie do humusu to ja nic nie mam. Życie mi się nie podoba, ot co. Aha. Żeby za gęsty nie był, można dodać trochę wody od tej cieciorki albo ciut jogurtu.

Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że teraz to mi się nie tylko

gotować nie chce, ale i pisać. No, ale kobyłka się rzekło,

rzeknie się i beeeee.

A tak nawiasem wspominając, to byłam dzisiaj w kinie i po kinie

pojszłam

do Burdel Kinga. A że to w centrum handlowym było, to miałam

bogate pole do obserwacji. Ile ludzie jedzą hamburgerów!

To się w pale nie mieści.

A przecież dzisiaj Wielki Piątek. A to post jest przecież, i to jakoby wielki.

A ludzie nic, tylko te hamburgery wpieprzają. Wielkie jak młyńskie koła.

Jak wołowa morda po oczy. Jak rozeta na witrażu kościoła.

No  przechodzimy do ad remu. Kilka tygodni temu zrobiłam sobie

mrożony tort bezowy. Blaty kupiłam gotowe, bo nie miałam

zmagazynowanych białek, a w ogóle to mi się

nie chciało piec tych bezów, bo wtedy ani prania nie  można zrobić

ani wody zagotować, bo korki wywala, a w ogóle białka mają być

na bezy czekoladowe.

Gotowe blaty (trzy sztuki) kosztowały 5 zł.

Szklankę i 1/4 szklanki cukru, szklankę soku z cytryny, otartą skórkę
z cytryny (jakieś dwie łyżki zupowe) i 75 g masła zagotowałam.

6 jajec ubiłam mikserem (razem żółtka i białka)
do tego wlałam te bumalajze cyrrynową, przestudzoną
wymieszałam, przelałam do garnuszka i gotowałam, aż zgęstniało.
Beznadziejna robota, trzeba mieszać i pilnować, żeby się nie zrobiły takie grudy

jak w budyniu.
Pizgłam do miski, przykryłam folią żeby się nie zrobił kożuch

i poszłam obejrzeć Hausa.
W tym czasie ta bumelajza wystygła.
Ubiłam półtorej szklanki kremówki.
Do ubitej kremówki dodałam ten kit cytrynowy ,

wymieszałam przełożyłam blaty,

wsadziłam do zamrażarki i poszłam oglądać Hausa.
Tego dnia rzygałam Hausem.

Poza tym polecam sałatkę Moni.
Się miesza: por (białe części – ja blnaszuję),

kurczaka wędzonego i ciemne winogrona

przekrojone na pół. Można skleić majonezem.

Ja mieszałam majonez z kwaśną śmietaną i ząbkiem czosnku

Robiłam też pastę z jajek na twardo i zielonych posiekanych oliwek

Nie bardzo mam pomysł jak to opisać. Gotuje się jajka na twardo, sieka,

sieka się oliwki,

kroi cebulę (najlepiej czerwoną) wszystko razem

miesza, skleja majonezem i się ma pastę – ale niezbyt długo.

 

Wesołych świąt, alleluja i do przodu.


Czeka nas siedmiogodzinna podróż pekaesem. W podróży jestem  bardzo śpiąca z przerwami na bardzo głodna. Pekaes nie własny samochód, więc wiadomo, człowiek zajazdu sobie nie wybierze, że niby tu zje świeżą rybkę, a kawę i lody w innym lokalu. Przystanki są krótkie, w sumie wystarczają na upuszczenie płynów i zakupienie surowca na następną partię.
Mam przed sobą kupę roboty z przewagą roboty. Muszę jakoś odgruzować mieszkanie, wymienić żwir w jednej kuwecie (dwie już obleciałam), przeprowadzić zabiegi higieniczne na kocie, spakować walizy, wynieść pierdyliard toreb za śmieciami, wziąć kasę z bankomatu, bo na miejscu trzeba zapłacić za wakacje, a bankomat tam jakiś miejscowy, więc od dwóch osób muszących zapłacić za dwa tygodnie pobytu policzyłby sobie niezły procent, który potem figuruje pod kryptonimem „obsługa karty” – chociaż to ja tę kartę obsługiwałam w bankomacie. Muszę odgruzować kanapę, która wygląda jak wronie gniazdo oraz ławę, która dla odmiany – że użyję sformułowania Melissy – wygląda jak lej po bombie. Powiedzmy sobie szczerze, otwarcie, nie unikając ryzyka: całe mieszkanie wygląda jakby w nie pierdolnął meteoryt tunguski.
W drodze będziemy jeść kanapki z pastą z boczku. Pasta nie wędlina, nie zacznie zieleniec, trzyma się chleba bez masła, które w upale ma tendencję do topienia się i jełczenia. Do tego ogórki małosolne i zielone.
Oprócz tego muffiny serowo-musztardowe (Welsh-Rarebit).
W celu ich otrzymania wymiesza się w jednej misce: ok. 230 dag mąki pszennej, ok. 50 dag mąki kukurydzianej, łyżeczkę soli, dwie łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody, czubatą łyżeczkę proszku musztardowego (kupiłam w sklepie „kuchnie świata”), który można zastąpić musztardą ze słoika.
W drugim naczyniu się miesza: jedno jajko. 15 dag startego żółtego sera, 150 ml jogurtu greckiego (można zastąpić maślanką i się nie przejmować), 125 ml mleka, dwie łyżki sosu sojowego, 6 łyżek oleju roślinnego.
Następnie mokre składniki wlewa się do suchych, miesza dość niechlujnie i piecze ok. 20 minut w temperaturze ok. 180 stopni.
Rozumiem szaloną karierę muffinek – jest to ciasto dla debili kulinarnych, psujów kuchennych i ogólnie ludzi o dwóch lewych rękach.
Pekaes nie autobus komunikacji miejskiej – jeść w nim wypada i będę to robić. Natomiast co ja myślę o jedzeniu w autobusach i tramwajach miejskich, można poczytać sobie na Towarach.

No i co tu jeść, proszę pani, proszę pana, jak wszystko się znudziło? Na sery człowiek już patrzyć nie może. Wędliny po jednym dniu w lodówce robią się takie więcej obślizgłe. Dżemy natomiast są słodkie, brrr.
Dobra, myślę sobie, niech będzie moja krzywda. Niech będzie jak w osiemnastym wieku. Niech się umęczę, upodlę, utytłam. Niech będą masła staroświeckie.
Pierwsze było masło pietruszkowe. Zmiksowałam w maszynerii w celu jego uzyskania pęczek pietruszki (z łodygami, bo łodygi są bardziej aromatyczne) i mnóstwo ząbków czosnku, odrobinę soli i pól kostki masła. Była to kostka osełka, czyli zdecydowanie większa od kostki, która osełką nie jest.
Drugie było masło sardelowe. Posiekałam puszkę anchois i (chyba) łyżkę kaparów. Tę massę wymieszałam z pozostałą połową osełki. Maszynerii nie używałam do tego żadnej, ponieważ zamiarem moim nie było uzyskanie masła o konsystencji przemysłowej.
Jeśli natomiast rozbiega się o masło musztardowe, to podjęte być może zostaną próby udoskonalenia go, a na razie nie ma o czym gadać.
Poza tym wszystko po staremu. Dalej nienawidzę gotować. A ostatnio w sklepie ?Kuchnie świata? uświadomiłam sobie, że nienawidzę też wydawać pieniędzy na żarcie. Co nie znaczy, że ich mimo wszystko nie wydałam.


  • RSS