Jak wiadomo, lub nie wiadomo, doktór kardiolog mi zalecił spożywanie alkoholu. O, o, jak ktoś nie wierzy, może tutaj sprawdzić. Jako pacjent jestem przekleństwem internisty i dobroczyńcą farmaceuty. Kupuję lekarstwa, ale zapominam je brać. Tym razem także zakupiłam lekarstwo, w postaci wina chilijskiego, które mi polecił doradca winiarski (ja nie mogę, ale słowo, tak ma na wizytówce). I jakoś nie mogłam się przełamać i je otworzyć.

Postanowiłam kupić sobie jakieś lekarstwo bardziej z sensem. Baileys, pomyślałam sobie, będzie w sam raz dla mnie. Poza tym pomyślałam, że nie ma powodu przepłacać w jakich salonach alkoholowych u stylistów alku, i że pójdę do Carrefoura Ekspresa, który mi nastał w miejsce „Alberta”. Ale nie pomyślałam, że co ja pójdę do tego Carrefoura Ekspresa, to się irytuję.

Ja nie wiem jak to jest możliwe, ale jak się okazuje, jednak jest – w „Albercie” było wszystko, czego mi potrzeba. A w tym całym Carrefourze nie ma nic. Jak u Kononowicza. Oliwek nie ma, kaparów nie ma, anchovies nie ma, pomidorów krojonych w puszce nie ma, osełka górska nieobecna, twaróg Delfiko – a co to takiego?, warzywa ledwo zipią takie zwiędnięte, owoców wcale nie ma, ser żółty w dwóch gatunkach na krzyż. A idź on na rojsty z takim sklepem.

Poza tym – i to mnie wnerwia najbardziej – kasa „do pięciu produktów” obsługuje ludzi, którzy mają dwa wielkie wózki wyładowane po brzegi, a ja stoję jak parasol na weselu i czekam. W kasie do pięciu produktów, która obsługuje wszystkich, jak leci. Próbowałam zrobić jakąś drakę na ten temat, ale kasjerka mi powiedziała, że ma przykazane obsługiwać wszystkich. W sumie nie było komu tej draki zrobić, bo co ona jest winna, że takie ma polecenie służbowe?

Polazłam do działu alkoholowego. Wypatrzyłam tego baileysa. Ale – no wiem, wiem, mam wielkie zamiłowanie do kiczu – półkę niżej dostrzegłam Scheridan’sa. Stał tam sobie i się do mnie szyderczo uśmiechał.

Wsadziłam dziada w koszyk i zaczęłam majestatycznie płynąć ku kasie dla alkoholi. Kasa ta jest równocześnie kasą pierwszeństwa, czyli dla starych, niepełnosprawnych, ciężarnych i te pe. Do tej kasy stali uprawnieni do pierwszeństwa w ilości dziesięciu osób, a każda z koszykiem naładowanym jak na ciężkie czasy. Więc poszłam do kasy do pięciu produktów. No querva, a tam baba uczy się obsługiwać tę kasę. Osoby przed mną dwie, ale stoję w miejscu z tą jedną butelczyną. W końcu baba mnie skasowała. W ramach ekologii nie dostałam nawet papiórka do owinięcia flaszki, a przy wyjściu rozdzwoniły się alarmy w bramkach.

To tylko tyle powiem, i będę to mówiła tak długo dopóki coś się nie zmieni, że Carrefour Ekspres to jest dziadostwo i jak Kartagina, powinien być zburzony.

Ponieważ jednak nie samym alkiem człowiek może żyć, to teraz będzie o jedzeniu. W zasadzie przez te lata istnienia „Nienawidzę gotować!” opisałam prawie wszystko, co jemy z Dzie(g)ciem. Nie podaję przepisów niewypróbowanych, a właściwie to podaję wielokrotnie wypróbowane. Przyszłość zatem tego bloga rysuje się czarno.

Ostatnio jednak zrobiłam coś, na co od bardzo dawna miałam ochotę. I co na pewno będzie się robić raz na jakiś czas – zwłaszcza, że daje się porcjować i zamrażać, i świetnie się sprawdza jako potrawa jesienno-zimowa.

Jest to, ni mniej ni więcej, tylko chili con carne.

Na oleju zeszkliłam dwie cebule. Dodałam do nich pięć gigantycznych zębów czosnku dość drobno pokrojonych oraz dwie papryczki chili drobno posiekane i pozbawione pestek. Następnie dorzuciłam kil;o9gram indyczego mięsa mielonego i smażyłam tak długo, aż się usmażyło. Oczywiście mięso może być wołowe, albo wołowo-wieprzowe – robiłam chili i z takim, ale indycze najbardziej mi pasuje, jest najdelikatniejsze. Następnie wlałam puszkę krojonych pomidorów, liść laurowy i pół szklanki rosołu (można dolać wody albo rosołu z kostki – przy czym kostką nie należy szafować, bo jest słona, a ta potrawa – moim zdaniem – w ogóle nie wymaga soli). Po jakimś czasie dodałam ugotowane przeze mnie osobiście: dwie szklanki czarnej fasoli, dwie szklanki czerwonej, a na samym końcu dwie puszki kukurydzy (bez zalewy).

Oczywiście na deser lepsza byłaby od Scheridan’sa tequila. I tyla.


Zapomniałam dodać, że do chili con carne dodaję łyżeczkę kakao.