nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: ciastka słone

Czasem to aż strach coś napisać.

Niedawno przeczytałam na pewnym emigranckim blogu, że w Polsce ludzie przyrządzają  krewetki niezgodnie z zasadami. Zasady były dla odmiany opisane na innym blogu, tym razem polskim. Zbrodnia przeciwko przyrządzaniu krewetek polegała na zbyt długim ich smażeniu (co czyni krewetki gumiastymi i jest to fakt, z którym nie zamierzam dyskutować, bo się zgadzam).

Poczułam się straszliwie odpowiedzialna za postrzeganie Polaków na antypodach. Tak sobie coś chlapnie człowiek na blogu, a potem przez niego wszyscy będą mieli przerąbane jak w ruskim czołgu.

Weźmy takie szparagi. Normalnie ludzie szparagi gotują. Wstawiają go wysokiego gara, łebkami do góry i gotują. Tymczasem ja szparagów nie gotuję, tylko obrane rzucam na patelnię z rozgrzanym masłem i duszę. Nie mam pojęcia, czy takie postępowanie ze szparagami jest zgodne z etyką i moralnością kuchenną, jak bardzo jestem w moich działaniach odosobniona i jak statystycznie często Polacy szparagi duszą, zamiast je dręczyć we wrzątku. No, ale  stracha mam. Jako właścicielka bloga „Nienawidzę gotować!” boję się na przykład, że ktoś mógłby powziąć przypuszczenie, że Polacy nienawidzą gotować. I to tylko na podstawie tego jednego bloga!

Krytusie piernowy…

Albo taki spód na tartę.

Spód na tartę robię na oko tak zwane. Nie ważę mąki. Nie ważę masła. Masla (na oko) daję połowę tego, co polecają przepisy, samo ciasto zlepiam tym, co mi się aktualnie pałęta w lodówce, czyli jogurtem naturalnym 0 procent, albo serkiem Bieluchem, albo kwaśną śmietaną.

Taki to właśnie spód zagniotłam wczoraj, a także udusilam szparagi. Dzisiaj spód upiekłam, pokłuwszy go uprzednio widelcem, wyłożyłam papierem do pieczenia, a na ten papier wysypłam kulki ceramiczne.  Proszę nie uogólniać tej informacji. sądzę, że Polacy na ogół wysypują taki spód suchym grochem. Wiąże się to zapewne z tradycją, ale i z faktem, że to ja wykupiłam dwa opakowania tych kulek, jakie były TKMaxx-ie.

Na podpieczony spód wylałam masę z serka mascarpone, żółtka (jednak w taki upał lepsze byłyby dwa żółtka), parmezanu i pieprzu. Na tę bumelajzę pizgłam hojnie szparagi. Piekłam tak długo, aż było gotowe.

Niedawno zetknęłam się z opinią, że blog kulinarny bez zdjęć jest do niczego. No nie wiem. Przeczytałam masę książek bez ilustracji – i były dobre. Ale może blogi rządzą się innymi prawami. Niestety, ponieważ nie umiem na WordPressie wstawić zdjęcia, z tego bloga nikt się nie dowie, jak wyglądają szparagi. Ale jest to informacja, którą każdy łatwo uzyska od niani Ogg (książka kucharska „Pikuantne rozkosze”).

Ciekawa jestem, czy intelektualiści coś jedzą. Pewnie tak – inaczej by nie żyli. To w sumie wyjaśnia, dlaczego jest tak mało intelektualistow. No, ale jednak jacyś są. Następne pytanie brzmi: czy czasami coś samodzielnie gotują? Pewnie tak, żywienie na mieście bywa drogie. Nawet mnie nachodzi czasem chęć zgrzeszenia i ugotowania czegoś. Ci intelektualiści. Skąd biorą przepisy? Pewnie z tych samych miejsc, co wszyscy inni. Biedni intelektualiści! A w sumie – dobrze im tak. Po huk się kształcili. Było zostać prostym człowiekiem! I dlaczego tylko ja mam się męczyć?

To zanim przejdę do tej męki umysłowej, opowiem najpierw o męce praktycznej (wiadomo, nienawidzę gotować). Otóż. Zrobiłam kruche ciasto (mąka, sól, masło, zimna woda). Kiedy się chłodziło, w piekarniku nastawionym na 180 celsjuszy podpiekłam kawał dyni. Ciastem wylepiłam blachę i pizgłam do piekarnika na kwadrans. W tym czasie banię rozgniotłam widelcem i wymieszalam ze śmietanką. Słabą stroną tart i kiszy jest spód, który pod wpływem nadzienia rozmięka. W związku z tym należy go pokryć prażonymi pestkami dyni (wpadlam na to już podczas spożywania tarty, no trudno, następnym razem tak postąpię). Na podpieczony spód wylalam tę masę dyniowo-śmietankową, powciskałam w to kawałki gorgondzoli i zalalam emulsją z trzech jajek rozbitych ze śmietanką. Następnie znowu to piekłam w 190 celsjuszach.
To wracamy teraz do mąk umysłowych. Wiele razy byłam podżegana do wydania „Ng” w formie książkowej. Bronilam się przed tym pomyslem rękami i nogami, ale stwierdzam, że jednak jest coś na rzeczy. Przepis, z którego korzystałam, jest zredagowany tak:
Czyli jest to przepis dla kuchennych analfabetów, niedorajd życiowych, półmózgow wzrastających na kulturze obrazkowej. Poczułam się wzruszona i poruszona faktem, że ktoś dba o mnie i instruuje mnie, żebym wyrzuciła tę skórę z dyni (ostatecznie moglabym ją rzucić na ziemię i próbować się na niej przemieszczać ślizgiem do salonu).
Kiedyś spółka Lemnis&Vitry wydala „Książke kucharską dla samotnych i zakochanych”. Widzę na rynku książek kucharskich lukę. „Książka kucharska dla umiejących czytać” – tak roboczo to sobie pozwoliłam sformułować. 

Boże, spuść nogę i kopnij.

Upał i pieczenie niezbyt  harmonijnie ze sobą współpracują. Ale co robić moja pani, kiedy inaczej nie  można. Kiedy potrzebne są ciastka motywujące, trzeba zacisnąć zęby, odpalić  piekarnik na 220 stopni i pieścić świadomość, że to się, per saldo, opłaci.

Żeby nie przedłużać męki: trzy  jajka i 1/3 szklanki oleju mieszamy (najlepiej w blenderze). Dorzucamy pół  kilograma drobno pokrojonej wątroby. Miksujemy. Dodajemy dwie szklanki mąki(mniej więcej, zależy od stopnia suchości mąki i jej gatunku). Mieszamy.Wylewamy na blachę i pieczemy przez ok. pół godziny. Po tym czasie ciasto  wyjmujemy z pieca i kroimy na kawałki 1 x 1 cm. Jeżeli ciastka są jeszcze zbyt  wilgotne – dosuszamy w stygnącym piekarniku.

Te ciastka stosujemy jako  motywatory dla PSA.

Przednówek

25 komentarzy

Ech. Kiedyś to było. Przed wojną na przykład to była pogoda! I przednówek był. A teraz co. Teraz mrożonki, tacki do mikrofali, truskawki i ciasto drożdżowe w torebce.

No ale niektórzy jednak maja przednówek. Na przykład – ja. Kupiłam coś, bez czego spokojnie mogłam się obejść, zapłaciłam za to kupę kasy i tym sposobem zrobiłam sobie przednówek. Z tego przednówka – po rozejrzeniu się po domu – okazało się, ze mam niecały kilogram starych kartofli, cebulę i pół opakowania fety. A z mrożonek – ciasto na pierogi. Postanowiłam zrobić ruskie pierogi. Danie międzynarodowe, w duchu Unii Europejskiej, bo proszę – oto mamy ciasto na pierogi (tradycja włoska, chińska i rosyjska), w środku ziemniaki (tradycja rodzima), czyli dietetyczne pod każdym względem.

Ten niecały kilogram ziemniaków ugotowałam z suszonym badylem kopru. Dodałam opakowanie półtłustego sera (25 deka), pół przysmażonej na oliwie cebuli (w sumie tylko do stanu omdlenia), te samotne pół opakowania fety, szczyptę soli i sporo świeżo zmielonego pieprzu.

Ten dodatek fety okazał się bardzo dobrym pomysłem. Nadzienie dzięki niemu uzyskało bardzo dobrą konsystencję i idealna lepkość, no i trochę zmieniło smak.

Ruskie na mieście charakteryzują się na ogół dwoma błędami. Po pierwsze – nadzienie się w nich leje. Podejrzewam, że dodawany jest do nich ser mielony, a najpewniej – homogenizowany.

Po drugie – w nadzieniu mają przewagę sera nad ziemniakami. To chyba po to, żeby konsument nie miał uczucia, że je danie ubogich. W wyniku czego uzyskuje się pierogi z serem, zanieczyszczone ziemniakami. A tego zdecydowanie nie polecam.

Lato szlag trafił. Sandalesy warto by było pochować do szafy, ale się nie chce. Bo zimno. I wilgotno. A przecież takie sandalesy najpierw trzeba wyczyścić, co jest mokrą robotą brudną, nieprzyjemną i w ogóle – błeh. To ja co. To ja zrobiłam kapuśniaczki. Bo chociaż to robota paskudna, to i tak czystsza od czyszczenia butów. No, a po upieczeniu można zostawić piekarnik otwarty i po pierwsze, robi się trochę cieplej, po drugie, dom wydaje się bardziej domowy, a po trzecie będzie co wziąć ze sobą do pracy i szkoły zamiast kanapki – nudziary.
Jeśli czuje, że jej myśli dają się we znaki, jeśli spać nie może albo sobie miejsca znaleźć, jeśli chłop ją rzucił albo ona chłopa, niech zrobi sobie kapuśniaczki.
Niech przygotuje 35 deka mąki pszennej. 30 deka mąki niech wywali na stolnicę, a do niej niech pizgnie 3 deka drożdży rozpuszczonych uprzednio w trzech łyżkach ciepłej wody, pół szklanki ciepławego mleka, łyżeczkę soli, dwa jajka i niech wyrobi z tego gładkie, elastyczne ciasto. Jeśli będzie za bardzo się kleić do rąk, niech podsypie mąką, której wszak odważyła sobie trochę więcej. Może przy tym sobie śpiewać dowolne pieśni, ale najlepiej pasuje tu piosenka Kasi Klich „pokroiłam, ugotowałam, przypaliłam i się zmęczyłam” – czy jakoś tak.
Następnie, jak już będzie miała to ciasto w postaci gładkiej, elastycznej do obrzydliwości kuli, niech je rozwałkuje na kształt prostokąta. Na ten to prostokąt niech poukłada to tu, to tam wie – wiórki z masła, cienkie bardzo. Ciasto niech złoży jak kopertę i rozwałkuje je cienko. Następnie znowu niech wyłoży wie- wiórki z masła i znów niech wałkuje. I tak usquam mortem defecatem, aż zużyje pół kostki masła.
Następnie niech rozwałkowane ciasto pokroi na kwadraty, ponakłada na nie nadzienie – takie jak do pierogów z kapustą i grzybami – niech je poskleja tak, żeby kapucha siedziała w środku, osmaruje rozkubełtanym jajkiem, posypie kminkiem i wstawi do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.
Przepis na motywach przepisu Małgosi Musierowicz. Upierdliwość roboty wynagradza smak ciasta, łączącego w sobie zalety ciasta drożdżowego z zaletami ciasta francuskiego.
Cóż za szkoda, że do tych kapuśniaczków nie pasuje kruszonka. No ni cholery nie pasuje. Żeby nie wiem jak kombinować, to od czapy by było. A obiecało się Spt przepis na kruszonkę. Ale co tam.  Bo zdecydowanie wolę placek ze śliwkami z kruszonką niż bez kruszonki. Chociaż – w razie czego – bez kruszonki zjem też.
Kruszonka może się składać z: 10 deka mąki pszennej, 1/3 kostki masła i ¼ szklanki cukru.  Na temat jej sporządzania w doktrynie zdania są podzielone. Jedni siekają wszystko na stolnicy jak leci, aż uzyskają coś w rodzaju kaszy manny. Inni mężowie uczeni topią masło i gorące wylewają do mąki wymieszanej z cukrem, a następnie palcami sporządzają kruszonkę. Jeszcze inni to masło studzą i dopiero potem mieszają. Ja tam ortodoksyjna nie jestem oraz niemarudna konsumpcyjnie jak już tak idę z gębą po kolędzie, i mi gantz pommada und wurst jaką technologią ta kruszonka będzie zrobiona, ale słuchaj Spt, co Ty z nią jeszcze możesz zrobić.
Otóż możesz posypać śliwki płatkami migdałowymi i dopiero na to pierolnąć tę kruszonkę. Możesz też dodać do niej pół łyżeczki świeżo utłuczonego ziela angielskiego i łyżeczkę mielonego imbiru i postąpić jak wyżej.

Zdjęcie reszty kapuśniaczków znajduje się tutaj: Kunstkamera

Czeka nas siedmiogodzinna podróż pekaesem. W podróży jestem  bardzo śpiąca z przerwami na bardzo głodna. Pekaes nie własny samochód, więc wiadomo, człowiek zajazdu sobie nie wybierze, że niby tu zje świeżą rybkę, a kawę i lody w innym lokalu. Przystanki są krótkie, w sumie wystarczają na upuszczenie płynów i zakupienie surowca na następną partię.
Mam przed sobą kupę roboty z przewagą roboty. Muszę jakoś odgruzować mieszkanie, wymienić żwir w jednej kuwecie (dwie już obleciałam), przeprowadzić zabiegi higieniczne na kocie, spakować walizy, wynieść pierdyliard toreb za śmieciami, wziąć kasę z bankomatu, bo na miejscu trzeba zapłacić za wakacje, a bankomat tam jakiś miejscowy, więc od dwóch osób muszących zapłacić za dwa tygodnie pobytu policzyłby sobie niezły procent, który potem figuruje pod kryptonimem „obsługa karty” – chociaż to ja tę kartę obsługiwałam w bankomacie. Muszę odgruzować kanapę, która wygląda jak wronie gniazdo oraz ławę, która dla odmiany – że użyję sformułowania Melissy – wygląda jak lej po bombie. Powiedzmy sobie szczerze, otwarcie, nie unikając ryzyka: całe mieszkanie wygląda jakby w nie pierdolnął meteoryt tunguski.
W drodze będziemy jeść kanapki z pastą z boczku. Pasta nie wędlina, nie zacznie zieleniec, trzyma się chleba bez masła, które w upale ma tendencję do topienia się i jełczenia. Do tego ogórki małosolne i zielone.
Oprócz tego muffiny serowo-musztardowe (Welsh-Rarebit).
W celu ich otrzymania wymiesza się w jednej misce: ok. 230 dag mąki pszennej, ok. 50 dag mąki kukurydzianej, łyżeczkę soli, dwie łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody, czubatą łyżeczkę proszku musztardowego (kupiłam w sklepie „kuchnie świata”), który można zastąpić musztardą ze słoika.
W drugim naczyniu się miesza: jedno jajko. 15 dag startego żółtego sera, 150 ml jogurtu greckiego (można zastąpić maślanką i się nie przejmować), 125 ml mleka, dwie łyżki sosu sojowego, 6 łyżek oleju roślinnego.
Następnie mokre składniki wlewa się do suchych, miesza dość niechlujnie i piecze ok. 20 minut w temperaturze ok. 180 stopni.
Rozumiem szaloną karierę muffinek – jest to ciasto dla debili kulinarnych, psujów kuchennych i ogólnie ludzi o dwóch lewych rękach.
Pekaes nie autobus komunikacji miejskiej – jeść w nim wypada i będę to robić. Natomiast co ja myślę o jedzeniu w autobusach i tramwajach miejskich, można poczytać sobie na Towarach.

Na pewno już wspominałam, że jestem kretynem topograficznym. Objawia się to tak, że nie pamiętam drogi. Tylko samochodem wprawdzie, piechotą trafiam wszędzie. Niestety – nie wszędzie da się dojść per pedes na czas. Poza tym nie mam pamięci do twarzy, których to twarzy następnie nie kojarzę z nazwiskami. Nie mam pamięci także do fabuł. Prawdę mówiąc – fabuły mnie nie interesują i nie mają dla mnie większego znaczenia. Z tego powodu prawie nie czytam beletrystyki, bo nawet w trakcie nie jestem w stanie zbornie opowiedzieć kto z kim, po jaką cholerę, dla jakich korzyści.
A notki nowej od jakiegoś czasu nie ma, bo książkę czytałam. Nie beletrystyczną, niech Bóg zabroni, normalną. Marka Konarzewskiego „Na początku był głód”. To się czyta jak kryminał. Łyknęłam, trawiłam, potem pomyślałam, że wstawię notkę. Cały problem w tym, że kiedy czytałam, nie robiłam stosownych notatek. I zanim te notatki zrobię to pewnie jesień już będzie.
Więc mogę krótko: świetna książka. A teza jej jest taka. Człowiek jest ofiarą swojego sukcesu ewolucyjnego. Osobliwym przykładem na to są ci ludzie (to jest większość), którzy tyją. Człowiek ma po prostu paleolityczny genotyp, przystosowany do okresów głodu i obżarstwa, a nie do przetworzonych produktów z hipermarketów. Właśnie z powodu tego przystosowanie sprzed milionów lat diety nie skutkują, a na dłuższych przebiegach i dalszej niż tygodniowa perspektywie sieją w organizmie, jak to jest z dietą Atkinsa, który to Atkins – co należy podkreślić nie bez satysfakcji – zmarł na serce, a nie powinien, skoro tak zdrowo się odżywiał. Nadto nigdy jeszcze jedzenie nie było tak łatwo dostępne jak obecnie. Trzeba się było fest nakręcić, żeby coś zdobyć. Nawet padlina nie była tak prosta do zdobycia. Weź tu i odpędź głodnego dzikiego kota, który sobie coś upolował.  W porównaniu do innych zwierząt człowiek nie jest ani zręczny, ani szybki. Jego siła tkwi w postawie dwunożnej, w tym, że poci się całą powierzchnią ciała (czyli ma świetne chłodzenie) i może zwierzynę od niego silniejszą i szybszą po prostu zamęczyć, podążając za nią truchcikiem. Ale paczka czipsów nie ucieka, żaden trucht tu potrzebny nie jest.
Bardzo mnie książka Konarzewskiego podniosła na duchu. Nie raz i nie dwa gadałyśmy z Dzie(g)ciem, że ja mam jaskiniowy przewód pokarmowy. Tak, querva, lubię mięso. Moi przodkowie byłi padlinożercami i kanibalami. Wasi też – chociaż możecie tego nie przyjmować do wiadomości. Nie mam enzymów do trawienia białek z mleka i mleka nie pijam. Jeśli chcę się żle poczuć powinnam zjeść twarogu. Ja was brzuchy po twarogu nie bolą to pewnie pochodzicie bardziej niż ja od tych neolitycznych nieszczęśników, którzy zaczęli prowadzić osiadły tryb życia, hodować bydło i zasuwać przy żarnach. Życie łowcy-zbieracza było stokroć przyjemniejsze i zdrowsze niż rolnika – pasterza. Łowcy mieli ponad 1,80 wzrostu. Niby bardziej ewolucyśjnie zaawansowani rolnicy skarleli do 1,55.
Na fali tych rozważań antropologiczno- dietetycznych upiekłam podpłomyki, zrobiłam pierogi ze soczewicą, a na końcu postawiłam przyjemny nowoczesny akcent, sporządzając massę krówkową.
Podpłomyki zrobiłam nie szczypiąc się specjalnie. Jakieś półtorej szklanki mąki zagniotłam z jajcem i wodą – tak, żeby powstało dość luźne ciasto. Dodałam do niego pół łyżeczki soli. Nie wiem, czy człowiek neolitu dysponował solą. Pewnie jeden tak, a inny nie. Jeśli kogoś to strasznie ma dręczyć, mogę jutro zapytać jakiegoś archeologa od nas. Ja tam sól miałam i dałam. Ciasto wałkowałam na bardzo cienkie placki i smażyłam na lekko natłuszczonej patelni dopotąd aż się nie zaczęły tworzyć purchle (na podpłomyku, nie na patelni). Bardzo wesoło, a co smrodu było w mieszkaniu – no całkiem jak w kurnej chacie!
Ugotowałam też pierogi ze soczewicą, b to jedna z najstarszych roślin uprawnych. Nie jestem skądinąd pewna, czy oddałabym za miskę soczewicy pierworództwo. Ale tak sobie w sumie teoretycznie bryluję, bo to ani głodna nie jestem, ani młodszego rodzeństwa nie mam.
Z tego wszystkiego najprzyjemniej robi się massę krówkową, kajmakową zwaną. Puszkę się wstawia do gara z wodą i można się zająć ciekawszymi rzeczami niż kuchnia.
Dwie dziurki w nosie, na tym skończyło-sie, a trzecia w dupie, słuchajcie głupie.

Jujk

34 komentarzy

Wspominałam, że szkolny plecak Dziecia został się mocno kontuzjowanym? Wspominałam, ale nie tu. A, co tam. W sumie nie dziwne, bo to jest plecak leciwy. No, to wybrałyśmy się po nowy. Miałyśmy na oku taki jeden z Samsonite. Plecaka nie kupiłyśmy, ponieważ miał nieadekwatnie wywaloną w Kosmos cenę w stosunku do tego, co sobą reprezentuje (jedna komora, miękkie plecy, niezbyt dobrze pomyślane szelki).
W międzyczasie tak zwanym Dzieć zgłodniał, więc poszedł coś wrzucić na ruszt. A ja, jako osoba niegłodna, postanowiłam racjonalnie wykorzystać ten czas i udałam się do sklepu, który lubię. W najbliższy czwartek jeden z moich wieloletnich przyjaciół otrzyma odznaczenie Gloria Artis i ja naprawdę nie mam się w co ubrać. Chyba, że dżinsy i polarowa bluza na taką okoliczność są strojem comme il faut, co przypuszczam, że wątpię.
Wypatrzyłam sobie kieckę. Jedną jedyną taką; najwyraźniej na mnie czekała. Kiecka ta uszyta jest z czarnej, w znacznej mierze jedwabnej, koronki i ma wszytą pod spód halkę na ramiączkach. Zaczęłam niezbyt równą walkę z zakładaniem kiecki, kiedy zadzwonił telefon. Więc wkurwiłam po raz pierwszy, albowiem wprawdzie udało mi się wrazić lewą rękę w lewy rękaw, ale adekwatne ramiączko od halki oplotło mi lewy cyc. Trzeba się było z tego wyplątać i odebrać telefon.
Zaczęłam walczyć z kiecką od nowa. Lewy rękaw i lewe ramiączko znalazły się po właściwej stronie ciała. Tymczasem ramiączko prawe żyło jakimś bytem odrębnym i znalazło się między prawą pachą a plecami. Telefon zadzwonił po raz drugi. To się wkurwiłam drugi raz. Oczywiście, kiedy już miałam kieckę na sobie założoną w sposób prawidłowy, pieprzona metka i zabezpieczacz przed kradzieżą wylądowały Nie Wiadomo Gdzie, telefon zadzwonił po raz trzeci, a mnie po raz trzeci chycił wkurw, czemu dałam wyraz (a nawet kilka wyrazów) do aparatu.
Spojrzałam w lustro i się wkurwiłam po raz czwarty. Kiecka świetna, tylko pani w kiecce taka sobie. Coś jak baleron. Lubię baleron. Kupiłam.
Następnie udałam się, przepychając się wśród jakiegoś dzikiego tłumu, w rajd po sklepach z bielizną, celem nabycia majtek obciskających. Dopadłam je i podczas przymiarki wkurw mnie chycił po raz (straciłam rachubę). Nie wiem, komu te majtki są potrzebne, poza producentem. W majtkach czy bez, różnica żadna. Nie kupiłam.
Po drodze usiłowałam zrobić zakupy spożywcze. I mi się przypomniały czasy komuny. No bo dzisiaj, w święto, sklepy są zamknięte. Na tę to okoliczność wczoraj, czyli w sobotę, zabrakło rzeczy podstawowych. Chleba niedobitki, jajka tylko po dwanaście sztuk (po huk mi dwanaście jajek?!), masło takie, jak lubię, wyszło nie oglądając się za siebie. Znowu się wkurwiłam.
Wypieprzę ciuchy, których nie noszę ? pomyślałam sobie. – Może mnie to jakoś odstresuje.
Na skutek wypieprzania rzeczy starych, nieodpowiednich, znoszonych, w całej komodzie zostały mi dwie rzeczy, z czego jedna byle jak pocerowana (bo dobrze nie umiem), na skutek tego, że mi się w nią jakiś czas temu móle wdali. Znów mnie szlag trafił. To w czym ja mam chodzić?
Ale człowiek to się nie uczy na błędach. Pomyślałam sobie, że ta kiecka wprawdzie zajebista jest, ale raczej na uroczystość wręczania przyjacielowi Gloria Artis, w biały dzień, na salonach, przez ministra (okurde, jakiego ministra? Przecież Kazimierz Michał w niełasce?) to się chyba jednak nie bardzo nadaje. Przymierzyłam jeszcze górę od garsonki od Armaniego. Że niby poleci do dżinsów i białej bluzki (której nie mam). Ledwo się dopięłam. To jak, cyc mi na stare lata urósł jeszcze bardziej?!
I wkurwiłam się wkurwieniem wielkim, tak wielkim jak wielka jest pustka w szafie mojej, jak wielki jest mój baleron, jak wielki jest śmiech lustra mego, jak bardzo podobna do kupy nieszczęścia jest fryzura moja. I przypomniałam sobie w dobroci swojej, że kiedy się wkurwiałam wkurwieniem wielkim na byłego męża mego, zamykałam się w ślepej kuchni i piekłam.
Pół kostki masła zagotowałam ze szklanką wody i szczyptą soli. Wsypałam szklankę mąki i rozmieszałam, uzyskując gigantyczną kluchę. Wbiłam po jednemu cztery jajka, wgniatając je w kluchę. Następnie do kluchy wrzuciłam startego na drobem tarle żółtego sera (jakieś trzy garście), wgniatając je w kluchę. Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia kładłam kulki ciut większe od orzecha włoskiego, po czym piekłam w temperaturze 180° aż były upieczone. Zażarłam jeszcze ciepłe, bo mi wszystko jedno. I tak nie mam co na siebie włożyć.


  • RSS