Czy ja wspominałam, że jestem jak ten chłopina z „Konopielki”, co to płot łatał słomą? I szedł pan Bóg i pyta… A co ty chłopie, wyprawiasz? Dlaczego nie latasz płota ozą, jak się należy? A chłop na to, że mu się nie opłaca, bo i tak jutro umrze. No to zgniewał się pan Bóg i tak zrobił, że ludzie „nie wiedzo, kiedy umrzo”.
I oto stało się coś, czego się strasznie wstydzę. Dwa dni pod rząd zrobiłam ciepłą kolację. Z jednej strony – nie powinnam o tym pisac, bo to mi psuje czarny pijar. Z drugiej – muszę podzielic z kimś tą niedolą. Złamałam zasady, zgrzeszyłam, postąpiłam niegodnie. Ponieważ każde zachowanie przynosi jakąś korzyść, zastanawiam sie, jaką korzyśc miałam z tego, że zrobiłam kolację. No dobra, miałam kolację. Ale bardzo krótko.
Kolacja składała się z dwóch elementów: grzanek i sałatki.
Sałatkę stanowił ugotowany, oskórowany bób wymieszany z kaparami. Zalany sosem z kwasnej śmietany i majonezu (w proporcji 3:1), czosnku, pieprzu cyttrynowego, odrobiny soli i soku z cytryny.
Grzanki powstały na bazie ciemnej ciabaty osmarowanej gorgondzolą i posypane grubo posiekanymi orzechami włoskimi.
Dzisiaj po południu wyruszam na poszukiwane grupy wsparcia, bo całkiem się chyba zepsułam.
Ciekawa jestem, czy intelektualiści coś jedzą. Pewnie tak – inaczej by nie żyli. To w sumie wyjaśnia, dlaczego jest tak mało intelektualistow. No, ale jednak jacyś są. Następne pytanie brzmi: czy czasami coś samodzielnie gotują? Pewnie tak, żywienie na mieście bywa drogie. Nawet mnie nachodzi czasem chęć zgrzeszenia i ugotowania czegoś. Ci intelektualiści. Skąd biorą przepisy? Pewnie z tych samych miejsc, co wszyscy inni. Biedni intelektualiści! A w sumie – dobrze im tak. Po huk się kształcili. Było zostać prostym człowiekiem! I dlaczego tylko ja mam się męczyć?
Normal
0
21
false
false
false
MicrosoftInternetExplorer4
To chyba
Franc Fiszer mówił, że najlepsze są proste dania. Taki kawior i szampan na
przykład. W pewnym sensie Fiszer jest bohaterem mojego romansu.. Nienienie, nie
żebym chciała mieć romans z Fiszerem, brąboże. Ale jako barwna postać podoba mi
się bardzo. Mogłabym mieć takiego kumpla.
To Fiszer,
kiedy ktoś z obrzydzeniem się dziwował, jak on, erudyta i intelektualista, w
ogóle może zadawać się z Kobietami_Lekkiego_Się_Prowadzenia i „co im mówi”,
odpowiedział:
– To, co
wszystkim innym: moje słońce, mój aniele, sensie mojego życia (lub jakoś
podobnie, cytuję z pamięci).
Fiszer
imponuje mi też beztroskim stosunkiem do książek, bo takiego to ja nigdy nie
będę miała. Czytał je w łóżku, a przeczytane strony po prostu wyrywał i rzucał
gdziekolwiek, skutkiem czego jego łóżko tonęło w zwałach makulatury.
Stek z
tuńczyka jest równie prostym daniem, co kawior i szampan. Komplikacje w jego
przygotowaniu są podobne natomiast do złożoności gotowania ziemniaków. Czyli
bierze się stek z tuńczyka i się go robi. Na przykład tłucze się dość
niechlujnie pieprz czarny, czerwony i zielony w moździerzu, ten pieprz wrzuca
się do dwóch łyżek oliwy, jak cierpi się na nadmiar zajęć, to się ociera skórkę
cytrynowę do tej bumelajzy, można też dodać kilka chlapnięć plastik lemon
dżusem i w tym wala się steki. Można je tak upaprane zamknąć szczelnie i mieć
na jutro, a można smażyć od razu. Ja rzucam na grill elektryczny.
Co do
ziemniaków natomiast, to postępujemy z nimi tak samo, tylko zupełnie inaczej, to jest stosownie do
tego, że tuńczyk to tuńczyk, a ziemniaki – to ziemniaki.
Dzisiaj rano
doznałam iluminacji. Iluminacja, w dodatku przed ósmą rano, to jest naprawdę
coś (tak, jestem zajebista!). Otóż nie chodzi li tylko i wyłącznie o to, czy ja
nienawidzę, czy lubię gotować. Chodzi też o to, że kiedy mam pisać o czymś, co
jest tak oczywiste jak oddychanie, tracę chęć. Czy można opisać proces
sporządzania kanapek (owszem, można, ale litości!). Lub cokolwiek innego, co
wynikło z improwizacji? Czuję się wtedy jak stara, zrzędliwa, sklerotyczna
baba, która poucza, jak należy przechodzić przez jezdnię. Albo jak
erotoman-gawędziarz.
Ale dobrze.
Niech będzie.
Kupiłam
kilogram świeżego szpinaku. Opowieści o gehennie z płukaniem szpinaku uważam za
mocno przesadzone. Ale może to dlatego, że postanowiłam powrócić do
praktykowania uważności.
Co do
szpinaku natomiast, to połowę kilograma pobawiłam za pomocą nożyczek ogonków, a
liście zalałam zimną wodą w wielkim saganie. Następnie gołymi rękami odłowiłam
liście na sitko, wodę z sagana wylałam, sagan opłukałam, odstawiłam i od tej
pory nie interesowałam się nim aż do następnego dnia, kiedy to płukałam
następne pół kilograma. Niezbyt wielkie porcje liści zalewałam wodą w wirówce
do sałaty. Znowu płukałam, wyjmowałam sitko, odlewałam wodę i wirowałam.
Ćwicząc uważność, z uwagą i szacunkiem przyglądałam się liściom szpinaku i
myślom, które się we mnie pojawiały, inspirowane szpinakiem.
Pokroiłam je
na paski, wrzuciłam do miski. Dodałam miąższ z połówki pomarańczy, poszarpany
palcami. Pozostałą połówkę pomarańczy zamknęłam w pojemniku, a pojemnik w
lodówce. Dorzuciłam trumienkę poziomek (bo truskawki są do niczego po tych
deszczach). Zalałam sosem winegret. Skropiłam lekko octem balsamicznym.
Następnego
dnia w ten sam sposób wypłukałam pozostałą część szpinaku. Dodałam dwa owoce
awokado, wydłubane ze skórek za pomocą łyżeczki do jogurtu. Poszarpałam palcami
odłożoną w razie Niemca połówkę pomarańczy. Dodałam garść pestek słonecznika
(bo nie miałam pestek dyni). Zalałam winegretem.
Następnie
uważnie przyglądałam się myślom, które pojawiały się we mnie w reakcji na uwagę
Dzie(g)cia, że mnie można zamknąć w zupełnie pustym pokoju, a ja w ciągu kilku
minut zrobię fantastyczną sałatę.
Po czym
porzuciłam na chwilę praktykowanie uważności, zachwycając się myślą, że jestem
kreatywna i ociekam zajebistością.
Upał i pieczenie niezbyt harmonijnie ze sobą współpracują. Ale co robić moja pani, kiedy inaczej nie można. Kiedy potrzebne są ciastka motywujące, trzeba zacisnąć zęby, odpalić piekarnik na 220 stopni i pieścić świadomość, że to się, per saldo, opłaci.
Żeby nie przedłużać męki: trzy jajka i 1/3 szklanki oleju mieszamy (najlepiej w blenderze). Dorzucamy pół kilograma drobno pokrojonej wątroby. Miksujemy. Dodajemy dwie szklanki mąki(mniej więcej, zależy od stopnia suchości mąki i jej gatunku). Mieszamy.Wylewamy na blachę i pieczemy przez ok. pół godziny. Po tym czasie ciasto wyjmujemy z pieca i kroimy na kawałki 1 x 1 cm. Jeżeli ciastka są jeszcze zbyt wilgotne – dosuszamy w stygnącym piekarniku.
Te ciastka stosujemy jako motywatory dla PSA.
To ktoś tu jeszcze zagląda?!