I oto stało się coś, czego się strasznie wstydzę. Dwa dni pod rząd zrobiłam ciepłą kolację. Z jednej strony - nie powinnam o tym pisac, bo to mi psuje czarny pijar. Z drugiej - muszę podzielic z kimś tą niedolą. Złamałam zasady, zgrzeszyłam, postąpiłam niegodnie. Ponieważ każde zachowanie przynosi jakąś korzyść, zastanawiam sie, jaką korzyśc miałam z tego, że zrobiłam kolację. No dobra, miałam kolację. Ale bardzo krótko.
Kolacja składała się z dwóch elementów: grzanek i sałatki.
Sałatkę stanowił ugotowany, oskórowany bób wymieszany z kaparami. Zalany sosem z kwasnej śmietany i majonezu (w proporcji 3:1), czosnku, pieprzu cyttrynowego, odrobiny soli i soku z cytryny.
Grzanki powstały na bazie ciemnej ciabaty osmarowanej gorgondzolą i posypane grubo posiekanymi orzechami włoskimi.
Dzisiaj po południu wyruszam na poszukiwane grupy wsparcia, bo całkiem się chyba zepsułam.
Ciekawa jestem, czy intelektualiści coś jedzą. Pewnie tak - inaczej by nie żyli. To w sumie wyjaśnia, dlaczego jest tak mało intelektualistow. No, ale jednak jacyś są. Następne pytanie brzmi: czy czasami coś samodzielnie gotują? Pewnie tak, żywienie na mieście bywa drogie. Nawet mnie nachodzi czasem chęć zgrzeszenia i ugotowania czegoś. Ci intelektualiści. Skąd biorą przepisy? Pewnie z tych samych miejsc, co wszyscy inni. Biedni intelektualiści! A w sumie - dobrze im tak. Po huk się kształcili. Było zostać prostym człowiekiem! I dlaczego tylko ja mam się męczyć?
To zanim przejdę do tej męki umysłowej, opowiem najpierw o męce praktycznej (wiadomo, nienawidzę gotować). Otóż. Zrobiłam kruche ciasto (mąka, sól, masło, zimna woda). Kiedy się chłodziło, w piekarniku nastawionym na 180 celsjuszy podpiekłam kawał dyni. Ciastem wylepiłam blachę i pizgłam do piekarnika na kwadrans. W tym czasie banię rozgniotłam widelcem i wymieszalam ze śmietanką. Słabą stroną tart i kiszy jest spód, który pod wpływem nadzienia rozmięka. W związku z tym należy go pokryć prażonymi pestkami dyni (wpadlam na to już podczas spożywania tarty, no trudno, następnym razem tak postąpię). Na podpieczony spód wylalam tę masę dyniowo-śmietankową, powciskałam w to kawałki gorgondzoli i zalalam emulsją z trzech jajek rozbitych ze śmietanką. Następnie znowu to piekłam w 190 celsjuszach.
To wracamy teraz do mąk umysłowych. Wiele razy byłam podżegana do wydania "Ng" w formie książkowej. Bronilam się przed tym pomyslem rękami i nogami, ale stwierdzam, że jednak jest coś na rzeczy. Przepis, z którego korzystałam, jest zredagowany tak:
Czyli jest to przepis dla kuchennych analfabetów, niedorajd życiowych, półmózgow wzrastających na kulturze obrazkowej. Poczułam się wzruszona i poruszona faktem, że ktoś dba o mnie i instruuje mnie, żebym wyrzuciła tę skórę z dyni (ostatecznie moglabym ją rzucić na ziemię i próbować się na niej przemieszczać ślizgiem do salonu).
Kiedyś spółka Lemnis&Vitry wydala "Książke kucharską dla samotnych i zakochanych". Widzę na rynku książek kucharskich lukę. "Książka kucharska dla umiejących czytać" - tak roboczo to sobie pozwoliłam sformułować.
Wiele jest na tym świecie potraw przereklamowanych. Zalicza się do nich (na tym blogu) krupnik, suszy (chociaż jak ten kleisty ryż wydłubać, to jest całkiem-całkiem), pizza (zwłaszcza z pieczarkami), kutia, soki owocowe, herbatki owocowe, salatki owocowe, lody waniliowe (chyba że w kawie), czekolada, tofu i klawiatura mnie rozbolala.
Jedną z takich przereklamowanych potraw jest humus, czyli groch roztarty z dodatkami. Za komuny krążyły przepisy na tort migdałowy z nadzieniem z fasoli, podlewany aromatem migdałowym. O czymś takim to w ogóle nie ma mowy. Humus natomiast jest całkiem do rzeczy, ale żebym się tym miala zajadać, to nie powiem. Robi się go zwyczajnie: rozciera cieciorkę z czosnkiem, solą, papryczką chili, sokiem z cytryny i pastą sezamową. Ponieważ jednak Dziegć jest uczulony na sezam, zamiast tej to pasty tahini dałam masło orzechowe.
W sumie do humusu to ja nic nie mam. Życie mi się nie podoba, ot co. Aha. Żeby za gęsty nie był, można dodać trochę wody od tej cieciorki albo ciut jogurtu.
Weź co chcesz, ile chcesz i zrób z tym, co chcesz.
Pamiętaj tylko, żeby to potem ładnie i zgodnie z savoir vivrem podać.
Savoir vivre jest to bowiem nie tylko widelczyk do ciasta, herbata w filiżance, dyskurs dowcipny, pełen aluzji i subtelnych drwin, a także komplementów. To stosowna biżuteria i strój "zero seksu" w sytuacji oficjalnej.
Jak wiadomo, dżentelmen to nie tylko pan, który puszcza nas przodem, ale także taki, który również - kiedy w domu jest zupełnie sam, choćby nawet i bez kota - cukier do herbaty naklada sobie specjalnymi szczypczykami (i nie są to szczypczyki biologiczne).
To chyba
Franc Fiszer mówił, że najlepsze są proste dania. Taki kawior i szampan na
przykład. W pewnym sensie Fiszer jest bohaterem mojego romansu.. Nienienie, nie
żebym chciała mieć romans z Fiszerem, brąboże. Ale jako barwna postać podoba mi
się bardzo. Mogłabym mieć takiego kumpla.
To Fiszer,
kiedy ktoś z obrzydzeniem się dziwował, jak on, erudyta i intelektualista, w
ogóle może zadawać się z Kobietami_Lekkiego_Się_Prowadzenia i „co im mówi”,
odpowiedział:
– To, co
wszystkim innym: moje słońce, mój aniele, sensie mojego życia (lub jakoś
podobnie, cytuję z pamięci).
Fiszer
imponuje mi też beztroskim stosunkiem do książek, bo takiego to ja nigdy nie
będę miała. Czytał je w łóżku, a przeczytane strony po prostu wyrywał i rzucał
gdziekolwiek, skutkiem czego jego łóżko tonęło w zwałach makulatury.
Stek z
tuńczyka jest równie prostym daniem, co kawior i szampan. Komplikacje w jego
przygotowaniu są podobne natomiast do złożoności gotowania ziemniaków. Czyli
bierze się stek z tuńczyka i się go robi. Na przykład tłucze się dość
niechlujnie pieprz czarny, czerwony i zielony w moździerzu, ten pieprz wrzuca
się do dwóch łyżek oliwy, jak cierpi się na nadmiar zajęć, to się ociera skórkę
cytrynowę do tej bumelajzy, można też dodać kilka chlapnięć plastik lemon
dżusem i w tym wala się steki. Można je tak upaprane zamknąć szczelnie i mieć
na jutro, a można smażyć od razu. Ja rzucam na grill elektryczny.
Co do
ziemniaków natomiast, to postępujemy z nimi tak samo,tylko zupełnie inaczej, to jest stosownie do
tego, że tuńczyk to tuńczyk, a ziemniaki – to ziemniaki.
Dzisiaj rano
doznałam iluminacji. Iluminacja, w dodatku przed ósmą rano, to jest naprawdę
coś (tak, jestem zajebista!). Otóż nie chodzi li tylko i wyłącznie o to, czy ja
nienawidzę, czy lubię gotować. Chodzi też o to, że kiedy mam pisać o czymś, co
jest tak oczywiste jak oddychanie, tracę chęć. Czy można opisać proces
sporządzania kanapek (owszem, można, ale litości!). Lub cokolwiek innego, co
wynikło z improwizacji? Czuję się wtedy jak stara, zrzędliwa, sklerotyczna
baba, która poucza, jak należy przechodzić przez jezdnię. Albo jak
erotoman-gawędziarz.
Ale dobrze.
Niech będzie.
Kupiłam
kilogram świeżego szpinaku. Opowieści o gehennie z płukaniem szpinaku uważam za
mocno przesadzone. Ale może to dlatego, że postanowiłam powrócić do
praktykowania uważności.
Co do
szpinaku natomiast, to połowę kilograma pobawiłam za pomocą nożyczek ogonków, a
liście zalałam zimną wodą w wielkim saganie. Następnie gołymi rękami odłowiłam
liście na sitko, wodę z sagana wylałam, sagan opłukałam, odstawiłam i od tej
pory nie interesowałam się nim aż do następnego dnia, kiedy to płukałam
następne pół kilograma. Niezbyt wielkie porcje liści zalewałam wodą w wirówce
do sałaty. Znowu płukałam, wyjmowałam sitko, odlewałam wodę i wirowałam.
Ćwicząc uważność, z uwagą i szacunkiem przyglądałam się liściom szpinaku i
myślom, które się we mnie pojawiały, inspirowane szpinakiem.
Pokroiłam je
na paski, wrzuciłam do miski. Dodałam miąższ z połówki pomarańczy, poszarpany
palcami. Pozostałą połówkę pomarańczy zamknęłam w pojemniku, a pojemnik w
lodówce. Dorzuciłam trumienkę poziomek (bo truskawki są do niczego po tych
deszczach). Zalałam sosem winegret. Skropiłam lekko octem balsamicznym.
Następnego
dnia w ten sam sposób wypłukałam pozostałą część szpinaku. Dodałam dwa owoce
awokado, wydłubane ze skórek za pomocą łyżeczki do jogurtu. Poszarpałam palcami
odłożoną w razie Niemca połówkę pomarańczy. Dodałam garść pestek słonecznika
(bo nie miałam pestek dyni). Zalałam winegretem.
Następnie
uważnie przyglądałam się myślom, które pojawiały się we mnie w reakcji na uwagę
Dzie(g)cia, że mnie można zamknąć w zupełnie pustym pokoju, a ja w ciągu kilku
minut zrobię fantastyczną sałatę.
Po czym
porzuciłam na chwilę praktykowanie uważności, zachwycając się myślą, że jestem
kreatywna i ociekam zajebistością.
Upał i pieczenie niezbyt harmonijnie ze sobą współpracują. Ale co robić moja pani, kiedy inaczej nie można. Kiedy potrzebne są ciastka motywujące, trzeba zacisnąć zęby, odpalić piekarnik na 220 stopni i pieścić świadomość, że to się, per saldo, opłaci.
Żeby nie przedłużać męki: trzy jajka i 1/3 szklanki oleju mieszamy (najlepiej w blenderze). Dorzucamy pół kilograma drobno pokrojonej wątroby. Miksujemy. Dodajemy dwie szklanki mąki(mniej więcej, zależy od stopnia suchości mąki i jej gatunku). Mieszamy.Wylewamy na blachę i pieczemy przez ok. pół godziny. Po tym czasie ciasto wyjmujemy z pieca i kroimy na kawałki 1 x 1 cm. Jeżeli ciastka są jeszcze zbyt wilgotne – dosuszamy w stygnącym piekarniku.
Było to w samym rozkwicie, w kulminacyjnym momencie łączącego naszą
parę uczucia, kiedy Bylinkin z panienką wychodzili za miasto i do
późnej pory włóczyli się po lesie. I tam, słuchając cykania świerszczy
albo kląskania słowika, na długo zastygali w nieruchomych pozach. I
wówczas Lizoczka, załamując ręce, niejeden raz pytała:
- Wasia, jak pan myśli, o czym śpiewa ten słowik?
Na co Wasia Bylinkin zazwyczaj odpowiadał powściągliwie:
- Żryć mu się chce, to i śpiewa.
(Michał Zoszczenko - "O czym śpiewał słowik")
* * * * *
Wyżywienie zbiorowe, czyli z kotła stosujemy tam, gdzie gospodarstwo rodzinne nie jest możliwe.
* * * * *
Nie jedz nigdy niczego, co świeci.
(Terry Pratchett- "Zadziwiający Maurycy i jego uczone szczury")
* * * * *
Kończąc o potrawach nowomodnych, to jeszcze przydać należy: kucharze przedni dla pokazania swojej doskonałości wyjmowali sztucznie z kapłona lub kaczki mięso z kościami, samę skórę w całości zostawując, to mięso posiekawszy z rozmaitymi przyprawami kładli znów w skórę zdjętą, a powykrzywiawszy dziwacznie nogi, skrzydła, łby, robili figury do stworzenia boskiego niepodobne; i to były potrawy najmodniejsze i najgustowniejsze. (...)
Ciasta, takźe francuskie, torty, pasztety, biszkokty i inne, pączki nawet - wydoskonaliło się to do stopnia jak najwyźszego. Staroświeckim pączkiem trafiwszy w oko, mógłby go podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, tak leki, źe ścisnąwszy go w ręku, znowu się rozciąga i pęcznieje jak gąbka do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska.
(Jędrzej Kitowicz - "Opis obyczajów za panowania Augusta III")
* * * * *
Pod upustami, jazami i pogródkami przy młynach lubią się zwykle węgorze ukrywać, moźna więc to łatwo zakłuć je oszczepem zębatym, zastępując im o świcie drogę, gdy z wycieczki nocnej do swych kryjówek w wodzie wracają.
Węgorz nie znajdując w pobliskiej wodzie dostatecznego poźywienia lub gdy pokarm jednostajny uprzykrzy się mu, wypełza na ląd, zwłaszcza gdy się burza wszczyna i szua tu ślimaków, źab i glist. Wycieczkę tę rozpoczyna zwykle o godzinie 9 wieczór, a o północy, gdy świtać zacznie, napowrót wraca. Wiedząc przeto, którędy na źer wychodzi, ppotrzeba przed świtem przy całym brzegu w podłuź i na 30 cm posypać trawnik ostrym piaskiem rzecznym. Węgorz wracając spotyka się z tą przeszkodą, po której powoli i z trudnością się ślizga - a wtedy moźna ho z łatwością oszczepem przekłuć.
Karpia łowić moźna na wędkę, więcierzem lub włokiem. (...) Chcąc łapać go w stawie na wędkę, potrzeba dniem wprzód pod wieczór na niektórych miejscach rozrzucić przynętę na dno tonącą. Na taką przynętę bierze się wnętrzności zwierzęcem pokropione olejkiem anyźowym, mieszaninę z krwi, mąki owsianej i świeźego krowieńca albo teź ugotowane w spirytusie kamforowym namoczone zboźe, fasolę lub wreszcie chleb miodem nasycony. (...) Karp jest bardzo niedowierzającym, powinien więc rybak jak najspokojniej zachowywać się i, o ile moźna, z dala od brzegu stać.
("Przewodnik praktyczny obejmujący przepisy, wskazówki i rady dla wszystkich stanów na wsi i w mieście " przez J.R.Kwaśniewskiego w roku 1892 w Krakowie starannie zebrane")
* * * * *
O sprawowaniu się przy stole
Będąc zaproszonym na obiad, czy teź ucztę, nie daj długo na siebie czekać i przybądż na prę naznaczoną.
Zupy nie miej w zwyczaju siorbać; ani dmuchaj w łyżkę dla jej ostudzenia. Kości nie ogryzuj i szpiku z nich, jeśli sam nie wypadnie, nie wysysaj.
Mięsa ze swego talerza do półmiska lub wazy nie odkładaj, i zaczętej przez się potrawy drugim nie podawaj.
Gdy ci podadzą na półmisku potrawę, ie wybieraj zeń lepszych i większych kawałków, i na wzięte przez drugich lepsze kawałki z pożądliwością nie poglądaj.
Jedząc nie ćmakaj, ale jedz cicho.
jedząc nie gadaj: bo mowa twoja będzie niewyraźną i rozmową swoją zadawanymi pytaniami nie dokuczaj.
Do gęby wielkich kawalkow nie napychaj, któreby co guzy w twarzy formowały.
("Dawna przodków naszych obyczajność przez Ignacego Piotra Ignatowicza", Wilno 1859)
* * * * *
Kugel z jabłkami. (...) Wszystko to przykrywamy nowym plackiem z ciasta, zawijamy u góry wystające brzegi pierwszego placka, smarujemy wszystko jeszcze raz tłuszczem (lepiej, rozumi się, gasim szmalcem), przykryty garnek posyłamy do piekarza.
("Kuchnia koszerna" - Rebeka Wolf - z domu Heinemann)
* * * * *
Katon przyniósł jej (figi) owoc do senatu w okresie, kiedy usilnie starał się o wywołanie trzeciej wojny punickiej i zadręczał tym senatorów, szczególnie tych, którzy nie uważali, że cnotą obywatela rzymskiego jest zniszczenie Kartaginy. Kiedy tylko powiedział "Jak dawno według was został ten owoc zerwany z drzewa? Skoro wszyscy się zgadzamy, że jest on świeży, to wiedzcie, że został on zerwany niecałe trzy dni temu w Kartaginie, tak blisko jest nasz wróg", natychmiast rozpoczęto trzecią wojnę punicką, w trakcie której Kartagina, niegdyś rywalizująca z cesarstwem rzymskim, została zniszczona.
(wg. Platiny - bibliotekarza watykańskiego epoki renesansu)
* * * * *
Boże, pobłogosław ten pożywny makaron z serem z kuchenki mikrofalowej i ludzi, którzy go sprzedali po obniżonej cenie.
("Kevin sam w domu")
* * * * *
Zycie jest niepewne - zacznij od deseru.
(anonim)
* * * * *