nienawidze-gotowac

Twój nowy blog

Notka jest napisana na zamówienie, ponieważ zwierzyłam się, że dzisiaj u nas raczuchy. Raczuchy nie są przereklamowane aż tak bardzo, ponieważ zostaje po nich do zmywania tylko miska, łyżka, trzepaczka, nóż i obierak. Ale trochę jednak są, bo trzeba je zrobić, a smażenie, wiadomo, generuje smrody.

Tak w ogóle to miały być naleśniki, które dla odmiany są przreklamowane bardzo, a to z powodu smażenia tych cholrnych placków. Wczoraj oglądamy Ramsaya, który kurwuje w kuchni zupełnie jak ja – tylko ja mam gorzej, bo nie mam komu naubliżać i szpili wsadzić po sam łepek. Aż się dziwię, że nie mam wrzodów.

I ten Ramsay zrobił naleśniki z rabarbarem, który wcześniej wymęczył w garnku. A placki naleśnikowe to byly w jego wydaniu takie więcej pankejksy, pampuchi.

Dzieć popatrzył na mnie i mówi:

- Ale te naleśniki to do naleśników zupełnie niepodobne. A może by tak raczuchy?

Tyle na temat idei. Która mi się spodobała – mniej stania, mniej smażenia, mniej wszystkiego.

No i teraz będzie bieda. Bo ja nawet ciast nie robię z przepisem w garści. A jak publicznie powiedziałam, że będą raczuchy, to ciasto już miałam zrobione. Na oko.

To teraz – wszyscy święci, pomagajcie.

Trzy lagi rabarbaru obrałam z łupiny i pokroiłam w drbne plasterki. Mogłyby być cztery, bo te oje były jakieś mikre. Zasypalam dwiema łyżeczkami cukru pusdru – bo więcej nie miałam. Wyszedł. A ja zapomniałam kupić, tak mnie wciągnęło pętanie się po bazarze Hala Mirowska w poszukiwaniu malin. Zamieszalam i wzięłam się za ciasto.t

3/4 półlitrowego opakowania jogurtu żurawinowego wymieszalam trzepaczką z dwoma jajkami i odpowiednikiem dwóch łyżeczek cukru (o jest słodzik, który można poddawać obróbce termicznej, radzę wziąć normalny cukier, jak nie wiadomo, czy wolno słodzik gotować – ja się ratowalam tym, co było w domu). Akropo ratować tym, co jest w domu. Nie musi być jogurt. Może być maślanka, zsiadle mleko, od biedy kefir. Ja preferuję owocowe, ale to nie jest obowiązkowe.

Następnie dowaliłam mąki – przypuszczam, że półtorej szklanki. Ciasto ma być gęstsze niż na naleśniki, mniej więcej o konsystencji gęstego budyniu. Po czym poszlam się chwalić w necie, że będę miala raczuchy.

Jak wróciłam do kuchni, sprawdzilam gęstość ciasta. Akurat przez ten czas mąka napęczniala, ale ciasto  mimo wszystko było za rzadkie. Więc jeszcze dosypalam mąki oraz półtorej łyżeczki sody. Łyżeczka jest ietypowa, specjalna do jogurtu, więc to raczej były dwie łyżeczki od herbaty. Jak nie ma sody, może być proszek. Dodałam rabarbar (razem z sokiem, który był laskaw puścić), wymieszalam tę bumelajzę, a ona się odwdzięczyla, robiąc takie prrruch! prrruch! bąble. To zasada z sody wesla w reakcję z quasem z rabarbaru. Dzięki ci, o Stwórco, to było dobre!

A potem usmażylam raczuchy.

Nie wiem, drogie kleżanki, czy bylam pomocna (ale bardzo się staralam).

Oczywiście poza sezonem rabarbarowym raczuchy robię z jabłek wymieszanych z bananem i kawałkami śliwek, a jak się jeszcze doda trochę wiśni to w ogóle – uuuuch!

Czasem to aż strach coś napisać.

Niedawno przeczytałam na pewnym emigranckim blogu, że w Polsce ludzie przyrządzają  krewetki niezgodnie z zasadami. Zasady były dla odmiany opisane na innym blogu, tym razem polskim. Zbrodnia przeciwko przyrządzaniu krewetek polegała na zbyt długim ich smażeniu (co czyni krewetki gumiastymi i jest to fakt, z którym nie zamierzam dyskutować, bo się zgadzam).

Poczułam się straszliwie odpowiedzialna za postrzeganie Polaków na antypodach. Tak sobie coś chlapnie człowiek na blogu, a potem przez niego wszyscy będą mieli przerąbane jak w ruskim czołgu.

Weźmy takie szparagi. Normalnie ludzie szparagi gotują. Wstawiają go wysokiego gara, łebkami do góry i gotują. Tymczasem ja szparagów nie gotuję, tylko obrane rzucam na patelnię z rozgrzanym masłem i duszę. Nie mam pojęcia, czy takie postępowanie ze szparagami jest zgodne z etyką i moralnością kuchenną, jak bardzo jestem w moich działaniach odosobniona i jak statystycznie często Polacy szparagi duszą, zamiast je dręczyć we wrzątku. No, ale  stracha mam. Jako właścicielka bloga „Nienawidzę gotować!” boję się na przykład, że ktoś mógłby powziąć przypuszczenie, że Polacy nienawidzą gotować. I to tylko na podstawie tego jednego bloga!

Krytusie piernowy…

Albo taki spód na tartę.

Spód na tartę robię na oko tak zwane. Nie ważę mąki. Nie ważę masła. Masla (na oko) daję połowę tego, co polecają przepisy, samo ciasto zlepiam tym, co mi się aktualnie pałęta w lodówce, czyli jogurtem naturalnym 0 procent, albo serkiem Bieluchem, albo kwaśną śmietaną.

Taki to właśnie spód zagniotłam wczoraj, a także udusilam szparagi. Dzisiaj spód upiekłam, pokłuwszy go uprzednio widelcem, wyłożyłam papierem do pieczenia, a na ten papier wysypłam kulki ceramiczne.  Proszę nie uogólniać tej informacji. sądzę, że Polacy na ogół wysypują taki spód suchym grochem. Wiąże się to zapewne z tradycją, ale i z faktem, że to ja wykupiłam dwa opakowania tych kulek, jakie były TKMaxx-ie.

Na podpieczony spód wylałam masę z serka mascarpone, żółtka (jednak w taki upał lepsze byłyby dwa żółtka), parmezanu i pieprzu. Na tę bumelajzę pizgłam hojnie szparagi. Piekłam tak długo, aż było gotowe.

Niedawno zetknęłam się z opinią, że blog kulinarny bez zdjęć jest do niczego. No nie wiem. Przeczytałam masę książek bez ilustracji – i były dobre. Ale może blogi rządzą się innymi prawami. Niestety, ponieważ nie umiem na WordPressie wstawić zdjęcia, z tego bloga nikt się nie dowie, jak wyglądają szparagi. Ale jest to informacja, którą każdy łatwo uzyska od niani Ogg (książka kucharska „Pikuantne rozkosze”).

Czy ja wspominałam, że jestem jak ten chłopina z „Konopielki”, co to płot łatał słomą? I szedł pan Bóg i pyta… A co ty chłopie, wyprawiasz? Dlaczego nie latasz płota ozą, jak się należy? A chłop na to, że mu się nie opłaca, bo i tak jutro umrze. No to zgniewał się pan Bóg i tak zrobił, że ludzie „nie wiedzo, kiedy umrzo”.

Więc łatam płot słomą. Niejeden. Między innymi nie robię przetworów. Żyję w tu i teraz, jakby to był mój ostatni dzień życia, to takie modne teraz,  a skoro tu i teraz, to na co i przetwory, które są na jutro. Potem spadkobiercy wystawią te słoiki do śmietnika i tyle z tego będę miala.
Niestety, przy temperaturze -22 zaczynam żałować, że nie zrobiłam marmelady jabłkowo-cytrynowej oraz ogórkow w musztradzie. A robiłam je za każdym razem inaczej, z pewną, rzeklabym, dezynwolturą i teraz mam klopot z odtworzeniem przepisu (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest stosowna pora na robienie ogórkow, moja świadomość kulinarna i sezonowa jest zdecydowanie wyższa niż redaktorów niemieckich czasopism, ale o przepis mnie prosiła Just, a ja jestem uczynna). No to nurkujmy w studnię pamięci.
2-3 kilogramy ogórków gruntowych należy umyć i ciasno upchnąć do słoików. Po róznych próbach (cale, plasterkowane, pokrojone, najbardziej mi odpowiada opcja przekrojonych na ćwiartki wzdłuż). Dorzucamy: kilka zieren ziela angielskiego, pieprzu, pół łyżeczki gorczycy (na duży słoik po majonezie), liść laurowy, ząbek czosnku, ciut kopru, a jak się zdarzy, to i liście wiśni. Ja dodawałam też szczątek strączka papryczki chili.
Litr wody zagotowujemy z nniepełną szklanką cukru i szklanką octu. Mnie najbardzie odpowiada ocet jabłkowy, ale jak ktoś lubi spirytusowy, to nie ma oprzszkód. Kiedy ta ciecz trochę przestygnie, dodajemy do niej 7-8 łyżek musztardy, dwie łyżki chrzanu (może być z wasabi) i zalewamy ią ogórki. Słoiki zakręcamy i pasteryzujemy przez 5 minut.
Po czym mamy zajebiste ogórki.
Mnie został tylko jeden duży słoik. Wczoraj dla ciekawości i wygody (że może jednak obejdzie się bez tego robienia w przyszłości) kupiłam gotowe „ogórki po kozacku”. Są niezłe, ale się nie umywają. Dobra wiadomość jest taka, że mi zostanie po nich słoik.
Zła jest taka, że blog.pl zmienił sposób logowania się do bloga, a to nie wróży dobrze temu konkretnemu blogu. Bo, nie bójmy się tego słowa, jesteśmy wszak ludźmi dorosłymi – wkurwia mnie to.

I oto stało się coś, czego się strasznie wstydzę. Dwa dni pod rząd zrobiłam ciepłą kolację. Z jednej strony – nie powinnam o tym pisac, bo to mi psuje czarny pijar. Z drugiej – muszę podzielic z kimś tą niedolą. Złamałam zasady, zgrzeszyłam, postąpiłam niegodnie. Ponieważ każde zachowanie przynosi jakąś korzyść, zastanawiam sie, jaką korzyśc miałam z tego, że zrobiłam kolację. No dobra, miałam kolację. Ale bardzo krótko.
Kolacja składała się z dwóch elementów: grzanek i sałatki.
Sałatkę stanowił ugotowany, oskórowany bób wymieszany z kaparami. Zalany sosem z kwasnej śmietany i majonezu (w proporcji 3:1), czosnku, pieprzu cyttrynowego, odrobiny soli i soku z cytryny.
Grzanki powstały na bazie ciemnej ciabaty osmarowanej gorgondzolą i posypane grubo posiekanymi orzechami włoskimi.
Dzisiaj po południu wyruszam na poszukiwane grupy wsparcia, bo całkiem się chyba zepsułam.

Ciekawa jestem, czy intelektualiści coś jedzą. Pewnie tak – inaczej by nie żyli. To w sumie wyjaśnia, dlaczego jest tak mało intelektualistow. No, ale jednak jacyś są. Następne pytanie brzmi: czy czasami coś samodzielnie gotują? Pewnie tak, żywienie na mieście bywa drogie. Nawet mnie nachodzi czasem chęć zgrzeszenia i ugotowania czegoś. Ci intelektualiści. Skąd biorą przepisy? Pewnie z tych samych miejsc, co wszyscy inni. Biedni intelektualiści! A w sumie – dobrze im tak. Po huk się kształcili. Było zostać prostym człowiekiem! I dlaczego tylko ja mam się męczyć?

To zanim przejdę do tej męki umysłowej, opowiem najpierw o męce praktycznej (wiadomo, nienawidzę gotować). Otóż. Zrobiłam kruche ciasto (mąka, sól, masło, zimna woda). Kiedy się chłodziło, w piekarniku nastawionym na 180 celsjuszy podpiekłam kawał dyni. Ciastem wylepiłam blachę i pizgłam do piekarnika na kwadrans. W tym czasie banię rozgniotłam widelcem i wymieszalam ze śmietanką. Słabą stroną tart i kiszy jest spód, który pod wpływem nadzienia rozmięka. W związku z tym należy go pokryć prażonymi pestkami dyni (wpadlam na to już podczas spożywania tarty, no trudno, następnym razem tak postąpię). Na podpieczony spód wylalam tę masę dyniowo-śmietankową, powciskałam w to kawałki gorgondzoli i zalalam emulsją z trzech jajek rozbitych ze śmietanką. Następnie znowu to piekłam w 190 celsjuszach.
To wracamy teraz do mąk umysłowych. Wiele razy byłam podżegana do wydania „Ng” w formie książkowej. Bronilam się przed tym pomyslem rękami i nogami, ale stwierdzam, że jednak jest coś na rzeczy. Przepis, z którego korzystałam, jest zredagowany tak:
Czyli jest to przepis dla kuchennych analfabetów, niedorajd życiowych, półmózgow wzrastających na kulturze obrazkowej. Poczułam się wzruszona i poruszona faktem, że ktoś dba o mnie i instruuje mnie, żebym wyrzuciła tę skórę z dyni (ostatecznie moglabym ją rzucić na ziemię i próbować się na niej przemieszczać ślizgiem do salonu).
Kiedyś spółka Lemnis&Vitry wydala „Książke kucharską dla samotnych i zakochanych”. Widzę na rynku książek kucharskich lukę. „Książka kucharska dla umiejących czytać” – tak roboczo to sobie pozwoliłam sformułować. 

Boże, spuść nogę i kopnij.
Wiele jest na tym świecie potraw przereklamowanych. Zalicza się do nich (na tym blogu) krupnik, suszy (chociaż jak ten kleisty ryż wydłubać, to jest całkiem-całkiem), pizza (zwłaszcza z pieczarkami), kutia, soki owocowe, herbatki owocowe, salatki owocowe, lody waniliowe (chyba że w kawie), czekolada, tofu i klawiatura mnie rozbolala.
Jedną z takich przereklamowanych potraw jest humus, czyli groch roztarty z dodatkami. Za komuny krążyły przepisy na tort migdałowy z nadzieniem z fasoli, podlewany aromatem migdałowym. O czymś takim to w ogóle nie ma mowy. Humus natomiast jest całkiem do rzeczy, ale żebym się tym miala zajadać, to nie powiem. Robi się go zwyczajnie: rozciera cieciorkę z czosnkiem, solą, papryczką chili, sokiem z cytryny i pastą sezamową. Ponieważ jednak Dziegć jest uczulony na sezam, zamiast tej to pasty tahini dałam masło orzechowe.
W sumie do humusu to ja nic nie mam. Życie mi się nie podoba, ot co. Aha. Żeby za gęsty nie był, można dodać trochę wody od tej cieciorki albo ciut jogurtu.
Weź co chcesz, ile chcesz i zrób z tym, co chcesz.
Pamiętaj tylko, żeby to potem ładnie i zgodnie z savoir vivrem podać.
Savoir vivre jest to bowiem nie tylko widelczyk do ciasta, herbata w filiżance, dyskurs dowcipny, pełen aluzji i subtelnych drwin, a także komplementów. To stosowna biżuteria i strój „zero seksu” w sytuacji oficjalnej.
Jak wiadomo, dżentelmen to nie tylko pan, który puszcza nas przodem, ale także taki, który również – kiedy w domu jest zupełnie sam, choćby nawet i bez kota – cukier do herbaty naklada sobie specjalnymi szczypczykami (i nie są to szczypczyki biologiczne).
Podsumujmy. Chodzi nie tylko o to co, ale i jak.

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

To chyba
Franc Fiszer mówił, że najlepsze są proste dania. Taki kawior i szampan na
przykład. W pewnym sensie Fiszer jest bohaterem mojego romansu.. Nienienie, nie
żebym chciała mieć romans z Fiszerem, brąboże. Ale jako barwna postać podoba mi
się bardzo. Mogłabym mieć takiego kumpla.

To Fiszer,
kiedy ktoś z obrzydzeniem się dziwował, jak on, erudyta i intelektualista, w
ogóle może zadawać się z Kobietami_Lekkiego_Się_Prowadzenia i „co im mówi”,
odpowiedział:

– To, co
wszystkim innym: moje słońce, mój aniele, sensie mojego życia (lub jakoś
podobnie, cytuję z pamięci).

Fiszer
imponuje mi też beztroskim stosunkiem do książek, bo takiego to ja nigdy nie
będę miała. Czytał je w łóżku, a przeczytane strony po prostu wyrywał i rzucał
gdziekolwiek, skutkiem czego jego łóżko tonęło w zwałach makulatury.

Stek z
tuńczyka jest równie prostym daniem, co kawior i szampan. Komplikacje w jego
przygotowaniu są podobne natomiast do złożoności gotowania ziemniaków. Czyli
bierze się stek z tuńczyka i się go robi. Na przykład tłucze się dość
niechlujnie pieprz czarny, czerwony i zielony w moździerzu, ten pieprz wrzuca
się do dwóch łyżek oliwy, jak cierpi się na nadmiar zajęć, to się ociera skórkę
cytrynowę do tej bumelajzy, można też dodać kilka chlapnięć plastik lemon
dżusem i w tym wala się steki. Można je tak upaprane zamknąć szczelnie i mieć
na jutro, a można smażyć od razu. Ja rzucam na grill elektryczny.

Co do
ziemniaków natomiast, to postępujemy z nimi tak samo, tylko zupełnie inaczej, to jest stosownie do
tego, że tuńczyk to tuńczyk, a ziemniaki – to ziemniaki.

Dzisiaj rano
doznałam iluminacji. Iluminacja, w dodatku przed ósmą rano, to jest naprawdę
coś (tak, jestem zajebista!). Otóż nie chodzi li tylko i wyłącznie o to, czy ja
nienawidzę, czy lubię gotować. Chodzi też o to, że kiedy mam pisać o czymś, co
jest tak oczywiste jak oddychanie, tracę chęć. Czy można opisać proces
sporządzania kanapek (owszem, można, ale litości!). Lub cokolwiek innego, co
wynikło z improwizacji? Czuję się wtedy jak stara, zrzędliwa, sklerotyczna
baba, która poucza, jak należy przechodzić przez jezdnię. Albo jak
erotoman-gawędziarz.

Ale dobrze.
Niech będzie.

Kupiłam
kilogram świeżego szpinaku. Opowieści o gehennie z płukaniem szpinaku uważam za
mocno przesadzone. Ale może to dlatego, że postanowiłam powrócić do
praktykowania uważności.

Co do
szpinaku natomiast, to połowę kilograma pobawiłam za pomocą nożyczek ogonków, a
liście zalałam zimną wodą w wielkim saganie. Następnie gołymi rękami odłowiłam
liście na sitko, wodę z sagana wylałam, sagan opłukałam, odstawiłam i od tej
pory nie interesowałam się nim aż do następnego dnia, kiedy to płukałam
następne pół kilograma. Niezbyt wielkie porcje liści zalewałam wodą w wirówce
do sałaty. Znowu płukałam, wyjmowałam sitko, odlewałam wodę i wirowałam.
Ćwicząc uważność, z uwagą i szacunkiem przyglądałam się liściom szpinaku i
myślom, które się we mnie pojawiały, inspirowane szpinakiem.

Pokroiłam je
na paski, wrzuciłam do miski. Dodałam miąższ z połówki pomarańczy, poszarpany
palcami. Pozostałą połówkę pomarańczy zamknęłam w pojemniku, a pojemnik w
lodówce. Dorzuciłam trumienkę poziomek (bo truskawki są do niczego po tych
deszczach). Zalałam sosem winegret. Skropiłam lekko octem balsamicznym.

Następnego
dnia w ten sam sposób wypłukałam pozostałą część szpinaku. Dodałam dwa owoce
awokado, wydłubane ze skórek za pomocą łyżeczki do jogurtu. Poszarpałam palcami
odłożoną w razie Niemca połówkę pomarańczy. Dodałam garść pestek słonecznika
(bo nie miałam pestek dyni). Zalałam winegretem.

Następnie
uważnie przyglądałam się myślom, które pojawiały się we mnie w reakcji na uwagę
Dzie(g)cia, że mnie można zamknąć w zupełnie pustym pokoju, a ja w ciągu kilku
minut zrobię fantastyczną sałatę.

Po czym
porzuciłam na chwilę praktykowanie uważności, zachwycając się myślą, że jestem
kreatywna i ociekam zajebistością.

Upał i pieczenie niezbyt  harmonijnie ze sobą współpracują. Ale co robić moja pani, kiedy inaczej nie  można. Kiedy potrzebne są ciastka motywujące, trzeba zacisnąć zęby, odpalić  piekarnik na 220 stopni i pieścić świadomość, że to się, per saldo, opłaci.

Żeby nie przedłużać męki: trzy  jajka i 1/3 szklanki oleju mieszamy (najlepiej w blenderze). Dorzucamy pół  kilograma drobno pokrojonej wątroby. Miksujemy. Dodajemy dwie szklanki mąki(mniej więcej, zależy od stopnia suchości mąki i jej gatunku). Mieszamy.Wylewamy na blachę i pieczemy przez ok. pół godziny. Po tym czasie ciasto  wyjmujemy z pieca i kroimy na kawałki 1 x 1 cm. Jeżeli ciastka są jeszcze zbyt  wilgotne – dosuszamy w stygnącym piekarniku.

Te ciastka stosujemy jako  motywatory dla PSA.


  • RSS